Wenecja - brud, smród i ubóstwo?

Wenecja wywołała we mnie mieszane uczucia.

Był mróz i jakiś taki specyficzny klimat.

Wenecja wydała mi się smutna. W powietrzu czuć było wilgoć. Wszędzie gnijące mury. Tak jakby woda, od dołu, powoli zjadała to miasto, pochłaniała je niespiesznie. 

Ludzi mnóstwo, mimo że zimna zima. 

Ja jestem typem podróżnika zdecydowanie niemuzealnego. Włóczenie się po wąskich uliczkach i oglądanie ludzi fascynuje mnie dużo bardziej od zaliczania zabytków. 

Ciekawiło mnie, jak i jacy ludzie tam mieszkają. Jak się przemieszczają do pracy, co robią w wolnym czasie. I jak bardzo męczy ich stała obecność miliona turystów.  Co jedzą.

Widziałam wielki ozdobny bogaty kolorowo-złoty pałac przy placu pełnym mew i oswojonych gołębi, które jadły z ręki. 

Obserwowałam kontrast. Kiedy z uliczki napchanej diorami, gucciami, pradami i muzeami sztuki nowoczesnej przechodziłam do innej, na której co chwilę mijałam odrapane drzwi do mieszkania jakiegoś Wenecjanina (czy Wam też słowo Wenecjanin przywodzi na myśl Marsjanina?) i kilkanaście stoisk targowych z przerażającymi, w większości okropnie tandetnymi maskami weneckimi za 10 euro. Jedno za drugim, czwarte za trzecim. Widziałam wielki ekskluzywny sklep z personalizowanymi lodami Magnum. I koparkę na łódce. Widziałam nawet wodnego kuriera DHL.

Wenecja ma niesamowity klimat, który Cię przenika. Jest nim nasycona. To wszystko dlatego, że jest taka jednolita, kanały krzyżują się w nieskończoność, sprawiając, że możesz się przyjemnie zgubić i masz wciąż wrażenie, że "przed chwilą tu byłaś". Przesiąkasz tym klimatem na wskroś. I jakby mnie ktoś zapytał, jaki on jest, ten klimat, powiedziałabym melancholijny. Smutny. Tak jakby coś złego wisiało w powietrzu. 


Zdjęcia są autorstwa mojego lub Pawłowego.

PS. Ostatnio po raz pierwszy ktoś poprosił mnie o umożliwienie wydruku mojego zdjęcia. Pomyślałam, że umożliwię Wam zamówienie wydruku zdjęć, które udostępniam na blogu. Jeśli chcesz zamówić wydruk, napisz do mnie na kontakt@kavodesign.pl

PS 2 Co powiecie na serię wpisów "krótkie historie o miłości"? Będzie dużo zdjęć ludzi z moich sesji foto i krótkie opowieści o LUDZIACH. Chcecie poczytać?

/

minimalizm przez duże M

Iga jest minimalistką. Przez duże M. Jest myślna. Dobrze wie, czego potrzebuje i dobrze wie, co jest jej zbędne. Ma priorytety. Nie marnuje swojego czasu na czynności, które nic nie wnoszą w jej życie, ani na znajomych, którzy wysysają z niej życie. Potrafi odmawiać (o, tak). Odpowiednio ceni swój czas i pracę. Nie daje się wykorzystywać. Potrafi walczyć o SIEBIE. Wie, co lubi. Ma świadomość swojego ciała. Akceptuje je, a nawet kocha. Opanowała szafę i dom. Posiada tylko rzeczy, które nosi, żadnych wydziwianek, zna swój styl, jest świadoma swoich kolorów i kształtów. Kupuje świadomie, wspiera etyczne produkty. Zużywa rzeczy. Niezużyte oddaje potrzebującym. Pracuje tam, gdzie chce i życie zawodowe przynosi jej satysfakcję. W końcu robi to, co lubi. Partnera nie przywłaszcza, nie uzależnia się od niego, mają fajną, dojrzałą relację. Przestała spełniać oczekiwania innych, bo dobrze zna już swoje, wobec siebie i życia. Lubi życie. Ba, nauczyła się nawet zanurzać i nigdzie już nie pędzi. To znaczy pędzi, ale tylko wtedy, kiedy świadomie chce. A więc nauczyła się badać źródła swoich pragnień. Jest piękna wewnątrz.

Ś W I E C I


Tak, ja też się rozmarzyłam. I tak, to jest moja definicja minimalizmu. I tak, minimalizm to jest TO, to COŚ, coś cudownego, dobrego, doskonałego. To stan ducha, kierunek myślenia, myślność, klucz do wszystkich drzwi.

Ale wiem też, że to nie ja. Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie w pełni, nie do końca. I może nigdy nie. I to jest całkiem OK. Faza minimalizmu musi być poprzedzona fazą doświadczania. Świadomego doświadczania, ukierunkowanego na samopoznanie. Dlaczego musi? Dlatego, że minimalizm nie ma być wyrzeczeniem, odmawianiem sobie rzeczy, których wewnątrz chcesz, ale uwolnieniem od nich. Żeby czegoś nie chcieć i coś odrzucić, musisz najpierw zobaczyć, jakie to jest, dotknąć, polizać. Mogłabym powiedzieć, że chodzi o kontrast młodość vs. dojrzałość, ale to chyba za duże uproszczenie. Bo to doświadczenie musi przeniknąć wszystkie aspekty Twojego życia, żebyś w końcu wiedziała, czego chcesz. I ono przenika te aspekty, przez całe życie. Ba, doświadczanie i jego wyniki mogą się zmieniać wraz z tym, jak zmieniasz się Ty. Więc właściwie minimalizm jest ścieżką, drogą, nie celem, a sztuką samorefleksji.

Nie możesz wiedzieć, czy wolisz workowate spodnie, czy ciasne, dopóki nie pochodzisz przez chwilę w jednych i drugich. Zwykle też jest tak, że z jakiejś tam puli prac, które mogłabyś i myślisz, że chciałabyś wykonywać, większość, po ich doświadczeniu, okazuje się nie do zniesienia. Ja na przykład chciałam być tłumaczem, dopóki nie posmakowałam tego zawodu.

Ups.

Jednym jedynym sposobem na to, żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę w Tobie jest, jest dotykanie wszystkiego w okół. A potem obserwacja. Uczuć, emocji, pragnień.

Sama wciąż czuję, że mało wiem. W niektórzy dziedzinach życia wiem już sporo o sobie i swoich upodobaniach, a w innych jestem jak we mgle. I jeszcze ta moja cholerna skłonność do zamykania się w pudełku obitym od środka miękkimi puchowymi poduszkami, niewyściubiania nosa. Ja przecież zwykle wręcz muszę zmuszać się do doświadczania.

Dlatego teraz od ograniczania i prioretyzowania rzeczy i spraw wokół mnie, ważniejsze jest dla mnie dryfowanie między nimi i uczenie się o sobie. Macanie różnych rzeczy, zanurzanie w nich palców, twarzy, całego ciała. Smakowanie, trawienie, wąchanie. Myślenie o nich. Oglądanie z każdej strony. Parzenie się gorącem i umieranie z zimna. 

Ż Y C I E


/

kraina czarów

Byłam w miejscu, w którym dzieją się czary. Nie wiem nawet, jak się nazywało, bo nie mam do tego pamięci.

Ludzie lubią nazywać, nalepiać metki. Na pewno ułatwia im to życie, strukturyzuje świat. To świerk, a to sosna. To Alpy, a ta ich część, dokładnie dotąd, Dolomity. Ja wolę patrzeć. I wdychać. Nazwy szybko wylatują mi z głowy. Nie czuję, że są mi niezbędne.

Wdycham zapachy i wyczuwam magiczność.

Tak więc było magicznie. Działy się cuda.

Najpierw słońce rozlało mi się na twarzy brązowymi plamkami. Mam je wypalone wszędzie, jedną przy drugiej. Trzecią na czwartej. Nos mi się zarumienił.

Potem pokryła mnie gęsta jak mleko mgła, a na włosy spadło milion białych puchatych kuleczek, które szybko znikały. Wtedy z lasu wyleciały śpiewające ptaki.

Stwierdziłam, że potrafię oddychać głębiej i wróciłam do czytania książek.

Zakochałam się w widoku gór, bez względu na pogodę i przejrzystość powietrza. 

Stwierdziłam, że tak mogłabym mieszkać już zawsze.

Codziennie wstawałam wcześnie rano, kiedy za oknem było jeszcze ciemno, i niewiele spałam. Czytałam przecież wieczorami, a dnie spędzałam na zjeżdżaniu na dwóch deskach z górskich szczytów i jedzeniu szarlotek w waniliowej zupie.

Utwierdziłam się w przekonaniu, że do kochania siebie i wyglądania świetnie, nie potrzebuje farbek do różnych części twarzy. Mam przecież czarne jak smoła brwi i gęste, również czarne rzęsy. Kiedyś te brwi wypełniałam brązowym cieniem, od dawna już nie widzę w tym sensu. Mam też intensywnie chłodno zielone oczy i całkiem różowe usta. Mam policzki, które czasem się rumienią i czekoladowe włosy, których za nic nie pofarbuję. Moje policzki, czoło, dekolt, a nawet usta, wypełniają piegi, po brzegi. Znajdzie się tam też sporo białych plamek, o wdzięcznej nazwie blizny.

A wszystko to - skrzętnie pokochane.

Czuję się z tym jeszcze bardziej wolna, niż kiedy pisałam to.

Prawdziwe wypoczęłam, odcięta od reszty świata. Pomyślałam nawet ze sporą dozą śmiałości, że wrócę do domu z nową energią, pełna twórczości, zapału, pracowita. Jak mała mrówka.

Teraz już tu, w Warszawie, nie mam pewności, czy tak będzie.

PS Po więcej czarów, zapraszam na insta.

/

zanurzanie

Obiecałam sobie, że nie będę w kolejnym poście mędzić o braku weny, twórczym zatwardzeniu i o tym, że nie mogę pisać, bo się zablokowałam, bo mi się wydaje że nie mam nic do powiedzenia NAPRAWDĘ WAŻNEGO (przynajmniej tak ważnego jak ten ostatni tekst o wolności) i wszystko co powiem będzie powierzchowne. I że nie będę też mędzić o tym, że kwestionuję każdą literkę w każdym napisanym przeze mnie słowie. I o tym, że nie piszę, bo nie mogę doszukać się wyczerpującej odpowiedzi na tematy, o których chcę pisać. Myślę, że ta moja upierdliwa wnikliwość i to pukanie w dno od drugiej strony, mogą mnie zabić.

Dobra, pomędziłam. Przechodzę do sedna.

Jest jesień, a ja dochodzę do wniosku, że, kurczę, życie się składa z małych rzeczy.

Zawsze miałam z tym problem, zawsze żyłam, czekając na coś większego. Nie lubiłam gotować, nie lubiłam sprzątać, męczył mnie proces, chciałam efektów, chciałam odhaczać. Szybko, zadaniowo do celu. Zawsze wolałam jeść przygotowane dla mnie dania, zamiast je gotować, bo liczył się efekt, a nie proces. Proces był przerażający, bo mogło w nim coś nie wyjść, ciasto zawsze mogło się nie udać. Łapię się na tym, że czasem nawet przy projektowaniu w kavo, czyli przy czymś, co z założenia sprawia przyjemność, chcę już, teraz, szybko, żeby było wymyślone. Żebym mogła zrobić, wysłać, przejść dalej. Niecierpliwią mnie projektowe problemy. Ostatnio doszłam do wniosku, że niecierpliwi mnie prawie wszystko.

I nagle się okazuje, że chodzi o proces. Bo nic dalej nie będzie, bo przecież efektem życia jest śmierć. Więc żyć i myśleć jak ja, to jakby żyć w obezwładniającym oczekiwaniu na śmierć. Czyli nieżyć. Bo życie z definicji jest procesem, pasmem. Sprzątaniem, gotowaniem, gadaniem, robieniem, nie zrobieniem. Nic tu się kończy, bo te końcowe stadia różnych procesów to tylko malutki procent, wycinek niedokończoności.

Nie da się postawić firmy i już. Proces jej rozwijania trwa w nieskonczoność, do momentu, w którym stwierdzisz, że rzucasz to w cholerę. Nie da się czegoś nauczyć i już. Nie da się ugotować raz na zawsze wszystkich posiłków, które jeszcze w życiu zjesz. Nie da się wybawić własne dziecko na zapas. Żeby dało spokój. Nie da się mu poświęcić uwagi raz a porządnie. Nie da się posprzątać i przyjaźnić z kimś raz a dobrze, raz i nigdy więcej. 

Pisałam kiedyś już, że nic nie da się zrobić na zapas, i to prawda, która uderza mnie co jakiś czas silniej i silniej i silniej. Tak jakbym w ogóle nie potrafiła przenieść swoich myśli na działania.  Ja wciąż nie lubię procesów!

Uderza mnie to, że życie jest zanurzaniem. Zanurzaniem w procesach. Pozytywnych, negatywnych, małych, większych. I jak się tak na to popatrzy, efekt staje się nie taki wcale ważny. Bo nic nie trwa wiecznie, wszystko płynie, a my się zanurzamy i wynurzamy i tak w kółko.

To jest moje przykazanie. To jest moje zadanie na to życie, na ten czas. Nauczyć się zanurzać w procesach. Nauczyć się kroić tę marchewkę. Cierpliwiej. Nauczyć się lubić procesy. Nauczyć się nie pędzić do efektu, nie dać się rozdrażniać rzeczom monotonnym, żmudnym, trudnym, tylko znajdować w nich przyjemność, bo to one są życiem. Innego życia nie będzie.

A Wy umiecie tak?

/

Kryterium wolności

Mam jedno proste pytanie. 

Czy Twoje ubranie Cię uwalnia czy więzi? Jak często po przyjściu do domu marzysz o rozebraniu się do naga i włożeniu miękkiego dresu? Czy nie bolą Cię stopy od butów? Czy majtki nie wrzynają Ci się w pośladki? Czy nie uciska Cię w talii sukienka wieczorowa, czy koszula nie ogranicza swobody ruchów?

Czy da się ubierać wszędzie i zawsze w ubrania, które nie krępują?

Mam taką śmiałą teorię, że najpiękniejsza kobieta to kobieta swobodna. Taka, która wybucha głośnym śmiechem, nie myśli o poprawkach w makijażu i ma w sobie dużo luzu i dystansu do siebie. Nie mylić z zaniedbaniem. Taka, której nic nigdzie nie uwiera. Kobiety, które chodzą sztywno (często ledwo) w pięknych wysokich szpilkach, z idealnie zrobionymi paznokciami i robią wrażenie superzadbanych są na pewno atrakcyjne i piękne też, ale na mnie akurat większe wrażenie robiły zawsze te, które w płaskich butach i bez lakieru na paznokciach świecą swobodą ruchu, samoakceptacją i luzem (i, o dziwo, one raczej nigdy nie mają na sobie opinających, krępujących ruchy ubrań). Świecą pewnością siebie, ale taką niekoniecznie usilnie podkreślaną kobiecymi gadżetami. Oczywiście, to wszystko kwestia gustu, ale ja doszłam do wniosku, że nie będę już sobie kupować ubrań (no chyba, że będę zmuszona zawodowo), które skrępują moje ruchy, albo będą sprawiać, że muszę myśleć, jak mi się coś tam układa, poprawiać coś innego, cierpieć w szpilkach (nie żebym do tej pory za często musiała w nich cierpieć :D). Nie czuję się wtedy sobą i nie czuję się wolna. 

Pomyślałam więc o warstwie czucia. Że "czucie się" w danym ubraniu jest ważniejsze, niż samo ubranie (nie mówiąc już o tym, że czucie się we własnym ciele jest ważniejsze niż ciało). I to czucie w ubraniu i w ciele, zmieszane z osobowością, naturalnością, i tymi wszystkimi składnikami piękna, o których już kiedyś mówiłam, tworzy nieziemsko wybuchową mieszankę.

Gdzie jest wolność?

Wolność jest wszędzie i nigdzie. Dla każdego wolność jest gdzieś indziej. Ale warto o niej pomyśleć, jak się myśli o swoim stylu. Ja o tym ostatnio bardzo dużo myślałam. Bo od zawsze temat ubioru jest dla mnie ważny, a latem nie potrafiłam się kompletnie odnaleźć we własnej szafie. Doszłam do wniosku, że nie tylko kryterium funkcjonalności i potrzebności się liczy przy kupowaniu ubrań (przedmiotów z resztą też), ale też kryterium wolności, stopień uwolnienia, kwestia czucia. Bo przecież fajnie by było, gdyby ten Twój minimalizm dał Ci wolność, prawda?

Oczywiście, tyle jest minimalizmów, ile osób, chcących się tym mianem określić, to po pierwsze. Każdy ma swój cel. W każdym wydaniu minimalizm wygląda inaczej, sprowadza się do innych liczb, innych kolorów, innych priorytetów. Tak więc minimalizm w mojej formule może dawać mi wolność, a Tobie ją odbierać, ta kwestia jest szalenie indywidualne. Tobie dawać wolność może 20 kwiecistych sukienek na lato i związany z tym fakt, że nie musisz za często prać, a mi cztery t-shirty noszone naprzemiennie. Żeby wiedzieć, co daje wolność akurat Tobie, musisz to sprawdzić, musisz to zaobserwować. I ja właśnie to robię od wielu miesięcy. Donaszam sobie na spokojnie powoli stare ubrania, patrzę, analizuję, jak w czym się czuję, obserwuję swoje wybory. Nie kupuję za dużo nowych, a jak już kupuję, zdarza mi się próbować rzeczy, po które nie sięgałam nigdy wcześniej. Lyocellowe czarne luźne spodnie są tego przykładem i strzałem w 10. Mogłabym nie zdejmować ich przez całe lato.

Obserwuję więc tak sobie siebie i dochodzę do wniosków.

Że lubię jak jest mi luźno.

Lubię oversize. Proste kroje przy ciele też są super, ale nie ma nic bardziej komfortowego niż lekkie niedopasowanie. Zaczęłam przed każdym zakupem pytać samą siebie, czy mi dana rzecz da poczucie wolności, czy w jakiejś mierze mnie uwięzi. Weselna sukienka tak opięta, że przy każdym kroku podnosi mi się w górę ud i prawie odsłania majtki nie daje mi wolności. Sukienka opięta mniej, ale wciąż na tyle, że nie mogę luźno puścić brzucha na rodzinnym obiedzie też wolności mi nie da. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie takie sukienki kończą w czeluściach szafy, w oczekiwaniu na chudsze czasy, które zawsze “są w natarciu”, które zawsze zdarzą się jużzarazzamoment. Nie lubię jak mnie coś opina i tyle. Tak samo jest z koszulami, ledwo dopinającymi się dżinsami i ... z wszystkim właściwie.

Że mam ogromną słabość do jakości. I do "zadbania, którego nie widać".

Mam słabość do mięsistych swetrów z niegryzącej wełny i koszulek z pima cotton. Mam słabość do niezmechacenia, ładnego wykończenia i do zadbanych szczegółów. Do pięknych cer, minimalnego makijażu i nawilżonej skóry. Do nieoczywistego zadbania, w którym wcale nie chodzi o zawsze pomalowane paznokcie i usta pociągnięte szminką.

Że lubię jednolitość i neutralność. Żadnych wzorów. Żadnych ostrych kolorów.

Tak się czuję najlepiej i mi się to wcale a wcale nie nudzi. Powyrzucałam ostatnie sztuki ubrań w ostrych kolorach. Nie nosiłam, nie noszę i raczej w najbliższym czasie nie będę.

Że mam słabość do funkcjonalnego, przemyślanego designu, który mnie uwalnia.

Jaki to design? Taki, który ułatwia życie i zwalnia z myślenia. Z myślenia o tym na przykład, co zrobić z torebką podczas tańca, albo jak wytrzymać całą noc w rozchwianych, niestabilnych butach. I, uwaga, żeby nie było, że tylko pierniczę trzypotrzy bez pokrycia, mam przykłady! Ale to w następnym tekście na ten temat.

Że nie będę cierpieć w imię mody i urody. Moje piękno ma leżeć w luzie, uśmiechu, dobrym ciele (dobre ciało zdefiniuj sobie sama), a nie gnieść się w warstwach mody i urody.

Mam stopy, które za nic nie chcą przyzwyczaić się do zbyt dużej różnicy wysokości. Może próbowałam za mało wytrwale? Nie wiem. Nie noszę szpilek. Nie potrafię w nich ładnie chodzić, po kilku godzinach moje podbicia przeszywa ból nie do opisania. Szpilki wydobywają ze mnie pokraczną istotę, która desperacko chce wyglądać lepiej i szczuplej. Nie lubię, unikam, szukam alternatyw. Nie maluję paznokci ostatnio wcale i bardzo mi z tym dobrze. Dziwnie to zabrzmi, ale to mnie uwalnia. Nie maluję, bo mi ich szkoda. Brak lakieru sprawia, że są mocniejsze, nie rozdwajają się i nie łamią. Nie maluję, bo nie lubię jak lakier obłazi (odpryskuje?) chociaż odrobinę. A robi to na moich paznokciach bardzo często i bardzo szybko. Uznałam, że brak lakieru w niczym nie ujmuje mojemu zadbaniu, choć jeszcze niedawno lakier na paznokciach był dla mnie Symbolem Zadbanej Kobiety. 

Że mam w dupie trendy. Trendy na hafty, cekiny, brokaty, frędzle, boho kulki przy sandałach i spodnie z wielkimi dziurami na kolanach.

Kompletnie mnie takie rzeczy nie pociągają. Bo każda z nich sprawia, że czuję się jak klaun. Niektóre z nich podobają mi się na innych ludziach, ale jak tylko je zakładam, czuję się jaknieja. 

Że oprócz biżuterii mam ogromną chęć na projektowanie ciuchów. Swetry, koszulki, koszule, spodnie, majtki i staniki.

Bo nie jestem w stanie nigdzie znaleźć tego, czego szukam. Mięsistych dużych ciepłych wełnianych swetrów, które nie są niczym udziwnione. Wielkich grubych kardiganów, w których można się utopić (swoją drogą potrzebuję takiego do sesji KAVO, więc jeśli wiecie, gdzie coś takiego można znaleźć, dajcie koniecznie znać). Gładkich ładnych nie za pełnych i nie za skąpych gaci z trwałego i dobrego dla ciała materiału. Ba, t shirtu nawet szarego nie byłam w stanie znaleźć.

Także beware, beware.


Zarówno rzeczy, jak i ich brak potrafią uwalniać. Uwalnia mnie brak pięćdziesięciu odcieni szminki do ust i mało mebli i jednocześnie uwalnia mnie posiadanie konkretnej dobrej dopasowanej do potrzeb torebki, albo kilku podobnych sukienek, w których czuję się swobodnie. Uwalnia mnie to od myślenia o ubraniu i zostawia mi przestrzeń na inne tematy. Uwalniają mnie buty-nie-szpilki i sukienki, przypominające worki, namioty i parawany. Uwalniały mnie krótkie włosy, bo nie chciałam z nimi musieć cokolwiek robić, aż w końcu postanowiłam pozwolić im rosnąć. I tak sobie rosną, jak chcą, nie prostuję ich, nie kręcę, nic z nimi nie robię, czekam, patrzę. 


Granice wolności i jej natura to fajny kąt, z jakiego można spojrzeć na swoją szafę, ale nie tylko. Na życie też. To kwestia do indywidualnego zaobserwowania. Nie ma drogi na skróty, nie ma rozwiązań na tacy, trzeba wykonać pracę samemu nad sobą. 

Dajcie znać, co Was uwalnia, co więzi i jak postrzegacie kwestię zadbania? 

PS Rodzę ten wpis chyba miesiąc już. Ostatecznie podzieliłam go na dwie części, to jest ta pierwsza. Dajcie znać, czy to robi sens.

PS 2 Coś się kliknęło już dobre pół roku temu. Przestałam pisać. Najpierw był brak czasu, a potem był brak po prostu. Im więcej presji na siebie nakładałam i im więcej poczucia winy miałam, tym większe twórcze zatwardzenie mnie ogarniało. I postanowiłam przestać. Przestałam mówić sobie, że muszę i że powinnam, bo blog umrze, bo odejdziecie, bo trzeba pisać dwa razy w tygodniu minimum. 

W spokoju postanowiłam poczekać na odkliknięcie. Przestałam się ganić za milczenie, wyrzucać sobie Was opuszczenie. Wiem, że jesteście. I czuję z Wami specyficzną wieź. Są promyki miłości, linijki światła i przyjemne ciepełko. Czujecie?

Coś się kliknęło, coś się odkliknie, daję sobie czas. Na razie taplam się w wątpliwościach, zanurzam w jednym tekście za drugim. Daję sobie czas na milczenie. Dojrzewam, zmieniam kolory. Jak jesień. Jak jabłko. Jak ziemia. 

A Wy wciąż tu jesteście. M A G I A.

PS 3. Słucham ostatnio tej cudnej pani. Miłość w uchu. Posłuchajcie ze mną, ta pani też lubi magię.

PS 4 Aktywnieję na instagramie. Wrzucam swoje zdjęcia, zaczęłam nawet storisować (!), tam mię szukajcie!

PS 5 I jeszcze tablicę przygotowałam, która ilustruje to wszystko, o czym tu dziś mówię :)

/

Dlaczego akurat pilates? - wywiad z Kasią Grządką

Z Kasią Grządką na wywiad spotkałyśmy się już jakiś czas temu. Gadałyśmy kilka godzin i ja potem miałam spory problem ze spisaniem tego wszystkiego w logiczną spójną całość, bo tematów było mnóstwo, mnie to ciekawi i kręci na maksa, więc wchodziłyśmy z Kasią z dygresji w dygresję i nie mogłyśmy skończyć ;) 

Wywiad wyszedł tasiemcowaty, więć postanowiłam podzielić go na dwie części. Część pierwsza przed Wami.

KW: Dlaczego pilates? Co Cię do niego zaprowadziło? Czy od dawna jesteś związana ze sportem i jeśli tak, to z jakim?

KG: Ze sportem jestem związana od dziecka. Najpierw trenowałam akrobatykę sportową przez 8 lat, a później, po skończonej karierze, zaczęłam szukać dla siebie ścieżki. Najpierw się interesowałam trochę fitnessem, później próbowałam jogi, aż w końcu później na pilates i stwierdziłam, że to właśnie pilates jest najlepszy dla mnie i dla mojego ciała, bo to właśnie po pilatesie czuję się najlepiej. Czuję, że moje ciało jest silne, gibkie, nic mnie nie boli. O to mi zawsze chodziło. Nigdy nie chodziło mi o to, żeby czuć, że muszę cisnąć, mieć nie wiadomo jakie wyniki i w pilatesie to właśnie odnalazłam.

KW: Wiele razy powtarzałaś, że nie jesteś pilatesową purystką. Z czego jeszcze czerpiesz i dlaczego?

KG: Nie, nie jestem purystką. Wplatam w treningi elementy treningu funkcjonalnego, jogi, elementy gimnastyczne. Wyciągam to, co na mnie działa; wszystko to, co w mojej opinii przynosi dobre rezultaty. Uważam, że jest tutaj sporo miejsca na różne modyfikacje i ruchy. Poza tym cały czas powstają nowe badania, interesujące teorie, i jestem zdania, że należy być czujnym i dostosowywać do tego trening. Pilates bardzo się zmienił na przestrzeni lat i istnieje kilka metod. Sam Pilates, twórca metody, był dość ostrym trenerem, dociskał swoich podopiecznych. Teraz trochę inaczej to wygląda. Pilates został zmodyfikowany, są różne szkoły. Granica pomiędzy pilatesem i treningiem funkcjonalnym się zaciera. Jedno czerpie z drugiego.

KW: Czy rozciąganie jest ważne? Dlaczego? Jak według Ciebie należy się rozciągać?

KG: Wszędzie się mówi, że rozciąganie jest takie ważne, ale tak naprawdę na przeciętnych zajęciach stretchingu jest raczej dość mało. Są różne rodzaje stretchingu - statyczny, dynamiczny. Dynamiczny to taki, w którym występuje dynamiczny ruch, np. wymach rękami, nogami, pozycje, których nie zatrzymujemy. Taki stretching zwykle robimy przed treningiem i jest on elementem rozgrzewki. Przed treningiem nie powinno się robić stretchingu statycznego (czyli min. 30 s w jednej pozycji). Przy stretchingu statycznym, nasze ciało w pierwszym odruchu broni się przed tym, żeby się "nie rozerwać", bo próbujemy zrobić więcej miejsca w ciele, wydłużyć mięsień.

Z mojej perspektywy stretching jest bardzo ważny — utrzymuje odpowiednie zakresy, często niweluje dolegliwości bólowe, podnosi świadomość ciała, pomaga zrelaksować się po treningu. Prowadzimy w dzisiejszych czasach stacjonarny tryb życia i niezbyt wiele się ruszamy w ciągu dnia. Nawet jeśli nie uprawiamy żadnego sportu, warto się rozciągać, bo większość z nas jest mocno poprzykurczana. Z wiekiem zaczynamy coraz bardziej to odczuwać. Ciało "zastyga" w formie, jaką najczęściej przybiera. Siedzenie skutkuje przykurczonymi zginaczami bioder, klatka piersiową, kręgosłup staje się mało mobilny. Stretching w połączeniu z odpowiednim oddychaniem przywraca ciału ruchomość, relaksuje, uspokaja psychicznie. Krótki stretching 15-20 minut przed snem ułatwia zasypianie. Przyjmujemy komfortową pozycję, powinniśmy czuć delikatne rozciąganie, ale na pewno nie ostry ból i dyskomfort. Mówię o stretchingu delikatnym, który nie ma być wyścigiem do konkretnej pozycji, tylko ma za zadanie utrzymać nasze ciała w dobrej ruchomości oraz wywierać dobry wpływ na naszą psychikę. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z naszych celów — po co ćwiczymy, jaka jest nasza motywacja. Innych narzędzi użyjemy, jeżeli naszym celem jest zrobienie pozycji, która wykracza poza normalną mobilność ciała, a innych, jeśli po prostu chcemy poprawić ogólnie naszą sprawność i dobrostan.

Ważne jest też to, że siła i elastyczność idą w parze, trzeba dbać o te dwie rzeczy jednocześnie. Niedobrze jest, kiedy jedno przeważa nad drugim. Zarówno gibkość przy braku siły mięśniowej jest niebezpieczna, jak i siła bez elastyczności (za krótkie mięśnie nie mają miejsca do pracy). Żeby zachować balans, polecam robić trening, który wzmacnia i uelastycznia. Ja taką idealną kombinację znalazłam właśnie w pilatesie.

KW: Co zrobić, żeby przywrócić właściwie wzorce ruchowe, wyrobić dobre nawyki, nie pogłębiać “skrzywień”?

KG: Wzorce ruchowe to schematy ruchu, których uczymy się w pierwszych latach życia. Podstawowe wzorce to: chodzenie, przysiad, wykrok, rotacja, podnoszenie nad głowę, odpychanie, ciągnięcie. Podwaliną dla tego jest wzorzec oddechowy. Oddychanie jest bardzo ważne i jeśli nie potrafimy dobrze oddychać, żaden z tych wzorców nie będzie prawidłowy. To, jak oddychamy, warunkuje naszą postawę oraz napięcie głębokiego gorsetu mięśniowego. Kiedy ludzie biorą wdech, szczególnie kobiety, zazwyczaj wszystko na górze się podnosi (barki), powietrze wchodzi płytko, tylko do klatki piersiowej. Wielu ludzi tak oddycha, niewielu korzysta z najważniejszego mięśnia oddechowego - przepony. Przepona z kolei łączy się z całym głębokim gorsetem mięśniowym i to jest odpowiedź, dlaczego reszta wzorców jest zaburzona. Dlatego pracę z pilatesem zaczynam od oddychania. Niestety większość ludzi jest nastawiona na szybkie mocne efekty sylwetkowe i bagatelizuje oddychanie, a dla mnie jest ono numerem jeden, bo… bez oddychania nas nie ma. To jest pierwsza i ostatnia rzecz, którą robimy na tym świecie. Po iluś latach złego oddychania bardzo ciężko jest odwrócić wzorzec. Fizjoterapeuci zajmują się oceną pracy przepony i w przypadku, kiedy jest to konieczne, rozluźniają ją manualnie. 

Kiedy patrzymy na małe dziecko, ono rusza się idealnie, wzorce ruchowe zaczynają się zaburzać wtedy, kiedy dziecko zaczyna chodzić do szkoły = zaczyna prowadzić siedzący tryb życia. My, ludzie, jesteśmy stworzeni do ruchu. Przez siedzący tryb życia zaczynamy inaczej oddychać, garbić się. Po szkole większość z nas ma już jakieś zaburzenia. Trzeba wrócić do podstaw, do oddychania, a potem popracować nad podstawowymi wzorcami ruchowymi. 

KW: I tutaj może warto wspomnieć o tej mojej nieszczęsnej lordozie. Powiedzmy, że idę na siłownię i nie mam pojęcia o swoim złym ułożeniu kręgosłupa. Co się wtedy dzieje?

KG: Robisz tak, jak Ci jest łatwiej, czyli wszystko robisz ustawiając się w delikatnej hiperlordozie. Warto, żeby ktoś - fizjoterapeuta, trener personalny, zaobserwował Cie w ruchu i skorygował. Hiperlordoza może akurat wynikać z genetyki, ale czasem jest to rzecz nabyta. Z tego właśnie względu uważam sesje 1 na 1, czy też bardzo małe grupy, za korzystniejsze dla ludzi, ponieważ trener może wtedy tych ludzi przypilnować i skorygować. Przy 30 osobach na sali, jest to trudne do zrobienia. Każdy jest inny i każdy ma inne problemy. To jest ważne przede wszystkim na samym początku, bo jak już człowiek się tego nauczy, to później sam się pilnuje. Tak jak Ty!

KW: Właśnie. Odkąd ja się dowiedziałam o mojej lordozie, rzadziej staję w swojej ulubionej pozycji z wypiętym brzuchem, świadomie koryguje własną postawę. 

KG: No właśnie to już jest połowa sukcesu, bo skoro o tym wiesz, to za każdym razem jak się na tym łapiesz, możesz się skorygować i już samo to jest bardzo ważne. Świadomość ciała jest absolutną podstawą, tylko nie jest to takie łatwe. Nawet ja, kiedy nagrywam ćwiczenia i potem to oglądam, znajdę coś do poprawienia. Ale to są drobiazgi. Natomiast człowiek początkujący, który ćwiczy w grupie, odtwarza to, co widzi i jest mu bardzo ciężko zaobserwować u siebie, czy robi dobrze, czy powtarza stare złe nawyki. Dlatego tak ważny jest trener, obserwator z zewnątrz.

KW: Jak to jest z rzeźbą ciała, mięśniami powierzchownymi, ABSami? Czy dobrze wyrzeźbione mięśnie brzucha to ważna i potrzebna sprawa, czy niekoniecznie?

KG: To jest tak, że media kreują naszą świadomość w tym zakresie. Instagram, billboardy, reklamy promują sześciopak i sprawiają, że zaczyna nam się wydawać, że właśnie tak powinnyśmy wyglądać, że tak jest zdrowo i dobrze. Tak naprawdę sześciopak nie jest człowiekowi aż tak bardzo potrzebny i nie świadczy o sile i sprawności. Nie sprawia, ze lepiej funkcjonujemy. Widoczność mięśnia prostego brzucha (potocznie szcześciopaku) jest walorem estetycznym. Znacznie ważniejsze jest to, co pod spodem, głęboki gorset, core, czyli to, na czym skupia się właśnie pilates. Warto zaobserwować, że nie każdy sportowiec olimpijski ma sześciopak. Wyeksponowanie tej partii mięśni to głównie cel sportowców sylwetkowych, np. kulturystów, którzy robią to na zawody. Zdarza się, że ktoś, kto ma piękny sześciopak i mało tkanki tłuszczowej, (co gwarantuje jego widoczność), pod spodem nie ma wyćwiczonych mięśni głębokich. Taki fajny, supersamochód bez silnika w środku. Sześciopak to tylko symbol, którego uzyskanie wymaga dużo ćwiczeń na mięsień prosty brzucha i bardzo restrykcyjnej diety, która ograniczy poziom tkanki tłuszczowej. Wszystko zależy, co jest Twoim celem.

KW: Co to jest ten core i dlaczego jest taki ważny?

KG: Core to po polsku głębokie mięśnie tułowia, które okalają narządy wewnętrzne i stabilizują całe ciało, ułatwiając funkcjonowanie na co dzień. Tak jak ABSy są mięśniami powierzchownymi, co sprawia, że wyrzeźbione, będą przy niskim poziomie tkanki tłuszczowej widoczne w postaci sześciopaku, tak głęboki gorset mięśniowy (core) jest schowany głęboko i nie jesteśmy w stanie go w żaden sposób uwidocznić. Pełni natomiast znacznie ważniejszą funkcję w ciele - oprócz kręgosłupa jest to jedyna struktura w tym odcinku ciała człowieka, która trzyma ciało w odpowiedniej pozycji. Nie ma w tym miejscu żadnych kości, cała odpowiedzialność za trzymanie odpowiedniej postawy spoczywa na głębokich mięśniach tułowia, które, przyczepione do kręgosłupa, razem z nim trzymają nas w ryzach. Core napina się za każdy razem, kiedy chcemy wykonać jakikolwiek ruch. Jest niezbędny do poprawnego funkcjonowania całego ciała. Im silniejszy jest core, tym sprawniejsze jest nasze całe ciało.

Więcej o core przeczytacie na blogu Kasi, w najnowszym artykule, o tu.


W następnej części pogadamy z Kasią o zakwasach i celach treningowych. I dajcie znać, może macie jakieś pytania do Kasi, chętnie na nie odpowiemy w następnej części wywiadu.

/

gdzie jest szczęście?

Hej, pst.

odkryłam amerykę.

Szczęścia nie ma w sukcesie. 

Nie ma go w spełnionych i właśnie spełnianych marzeniach.

Nie ma go w spełnianiu siebie.

Nie znalazłam go w żadnym z tych trzech miejsc na "s".

Nie ma go w pieniądzach. 

I nie ma go w podróżach.

Za oceanem go nie ma. Nie ma go nad Tamizą, ani nad Sekwaną.

Nie ma go na Bali, ani w Wietnamie.

Nie ma go w Las Vegas, nie ma go w Rio.

Nie ma go w rzeczach.

I pięknych nowych rzęsach.

I w sześciopaku też go nie ma. Ani tym piwnym, ani brzusznym.

Twojego szczęścia nie ma w innych ludziach. Bo rodzisz się i umierasz sama. I sama.ze.sobą.musisz.żyć.

Szczęścia nie ma nawet w Twoim Wybrańcu, teżecie, mężczyźnie obok.

 

Szczęścia nie ma poza Tobą.

 

Szczęście jest w samym środku Twojego brzucha. Albo głowy, albo pod piersiami. Sama wybierz miejsce.

Jeśli jest tam, w Twoim Środku, znajdziesz je też w sukcesie. I porażce.

W spełnieniu i w dopiero do niego dążeniu.

Jest wtedy też w pieniądzach i biedzie.

Jest w podróżach i w domu.

Jest w rzeczach i w tęsknocie za nimi.

Jest w ludziach wokół.

Jest w Twoim Partnerze i w samotności.

Jest wtedy wszędzie. W deszczu i słońcu. Latem i zimą. 

Jest stałe, niezależne i samodzielne. Niezmiennie przenika rzeczywistość. Jest we wczesnych porankach i późnych wieczorach. Jest w gryczanej kaszy z oliwą i zielonej herbacie ze sprasowanej kostki. Jest w noszonej już od kliku dni bluzie Twojego faceta. Jest w zapachu piasku i smrodzie spalin.

Jest decyzją, jest wyborem, jest stanem i jest akceptacją.

A może jest raczej zdolnością umysłu?

Niezdolny do szczęścia umysł trzeba leczyć.

 

medytacją | terapią | rozmową | modlitwą

/

Jestem dzikusem, który odhacza spełnione marzenia

Jestem dzikusem. Gubię się, kiedy otacza mnie za dużo ludzi. Wszyscy, którzy znają mnie bardzo blisko twierdzą, że sprawdziłabym się jako stand-up comedian (nie żartuję), a ja wiem, że wcale, wcale nie, bo w otoczeniu tłumu głupieję, gubię się i znikam. Jak czarna dziura, samą siebie zasysam.  I może i wyglądam wtedy na zdystansowaną, zamkniętą i smutną, ale ja jestem po prostu zassana od środka.

Tak było na ostatnim See Bloggers, pierwszym tego typu wydarzeniu, w którym zdecydowałam się wziąć udział.


Twórczość ma chyba tak, że jednym ujściem tylko ma ochotę wylewać się na zewnątrz. I moja twórczość ostatnio jest przy biżuterii i zdjęciach. Z pisaniem jakoś tak na bakier.

A może to tylko wymówka?

Tak czy inaczej, powiedziałam sobie i mówię Wam, że jak wrócę na bloga, to wrócę z przytupem. Nie wiem czy to jużteraznadobre, ale wiem, że to nastanie.

A dla tych, którzy tu jeszcze w ogóle są (wiem, że część z Was jest, czeka na teksty, a część pewnie odeszła w inne czeluści internetu), mam krótki przegląd tego, co ostatnio robię i co sprawia, że odhaczam spełnione marzenia.  I to tak się fajnie łączy, bo nie dość, że poniżej będzie o tym, co robię, to jeszcze będzie to spis cudownych ludzi i miejsc.


Robię zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Wydobywam piękno z ruchu, ludzi, przedmiotów i miejsc. Na milion sposobów. 

Kasia Grządka i Trening na Bosaka. O Kasi nic Wam więcej nie będę mówić, bo szykuje nam się wywiad na blogu o świadomym ruchu i jeszcze jeden grubszy projekt, o którym na razie milczęjakgrób. Póki co linkuję Wam Kasię, bardzo warto poczytać jej bloga, bo Kasia o ruchu wie naprawdę sporo i ma do niego mądre (w mojej ocenie) podejście.

 

Agata Ucińska z Poczuj się lepiej. Agatę znacie na pewno z blogo- i vlogosfery, więc przedstawiać Wam jej nie muszę. Z Agatą też szykuję coś superspecjalnego. To jest ten girl power, prawda? Łączące się, wspierające się kobiety :)

 

Slow Move. Cudowne małe kameralne studio na Wilanowie, którego założycielka Agata Komorowska zaangażowała mnie w "prace fotograficzne". Pokażę jedno zdjęcie, resztę polecam śledzić u źródła. Projekt jest w trakcie, właściwie to dopiero zaczęłyśmy współpracę.

agatakomorowska.jpg

 

Oprócz tego mnóstwo zdjęć ludzkich twarzy i bobasów. Z miliona kątów. Ostatnio miałam u siebie kilku zdjęciowych gości i okazało się coś, czego oczywiście byłam świadoma już wcześniej, ale teraz tak totalnie w praktyce, namacalnie i dobitnie wyszło, że (niespodzianka) każda twarz jest caaałkiem inna i każda wygląda najlepiej pod innym kątem. Dlatego trzeba przekrzywiać, włazić na krzesło, złazić z krzesła, przestawiać lampy, rozbawiać, rozluźniać i nawiązywać kontakt. I każde spotkanie traktować z czystą głową. Wtedy piękno wychodzi.


Robię, a właściwie to zrobiłam, już we współpracy z kimś komputerowo mądrzejszym ode mnie, nowy KAVOwy dom, który wygląda jak prawdziwy sklep prawdziwej firmy, jest bardzo user friendly i ogólnie - robi wrażenie. Przynajmniej na mnie. Mam miliard pomysłów na KAVOwe sesje i myślę o zatrudnieniu modelki do kolekcji ze złota, bo najlepiej mi jednak za aparatem, a nie przed nim. Ale przed nim też nie ma tragedii, jeśli akurat za nim stoi Paweł. Ostatnio, przy okazji wyjazdu na See Bloggers, wymyśliłam klimat sesji, wypożyczyłam sukienkę od Lous, zrobiłam kreski pod oczami, wstałam o 5 i dałam sobie zrobić zdjęcia na plaży.


Poza tym wszystkim dojrzewa we mnie kilka blogowych projektów, wywiadów, sesji, schematów, struktur. W wielu strefach. Daję im trochę czasu, bo jak zawsze chcę, żeby było maksymalnie dobrze.


I tak spełniają się moje marzenia. O sesjach i wywiadach z cudownymi ludźmi, o własnej marce biżuteryjnej, takiej z prawdziwego zdarzenia, o szerzeniu ważnych treści w świecie, o chlebie jedzonym z pieniędzy zarobionych pasją.

A co u Was? Jak Wasze marzenia?

/

koszulosukienka, zwana namiotem

Jest 6 rano. Wcześniej. 5:50. Jesteśmy w sercu Warszawy i trochę na siebie warczymy. Ja wciąż nie mogę znieść spojrzeń przechodniów, a on wciąż nie może znieść mojego nieznoszenia.

Jak zawsze wolę być po drugiej stronie.

Zaciskam się w sobie i jest już prawie po zabawie. Po ptakach. Musztarda po obiedzie.

Ale brniemy. Próbujemy. Chodzimy w poszukiwaniu dobrych miejsc. Potykam się za nim co chwila. Moje koturny nie lubią staromiejskiego bruku. 

Sukienka od Kulta Clothing, biżuteria od KAVO, a jakże.

Sukienka od Kulta Clothing, biżuteria od KAVO, a jakże.

Rozluźniam się i tańczę w moim namiocie dopiero po godzinie. Słońce jest coraz wyżej, światło coraz ostrzej niesprzyja. Smaga ogniem z wysoka. Wypala na twarzy brązowe plamki.

Tańczę.


PS Koszulosukienkonamiot to dobry krój na lato. Jest przewiew, a to ważne. Może się okazać, że to nawet przyjemniejsze niż prawienegliż, bo słońce nie pali skóry i nic niczego nie opina. Noszę do namiotu krótkie spodenki, żeby nie świecić majtkami. Wiem, że namiot bardzo dobrze sprawdza się też do rurek i vagabondów - w wersji na zimno. Minusem jest jedynie to, że to bawełna, a bawełna, jak wiadomo, niemiłosiernie się gniecie. 

PS 2 Wiem już, który to mój lepszy profil. Wiem znowu, zaraz zapomnę.

PS 3 KAVO ma swój nowy dom w wirtualnej przestrzeni. Tutaj znajdziecie nową odsłonę sklepu i byłoby mi BARDZO miło, gdybyście dali mi feedback - jak jest, czy fajnie, czy nie i co jest fajne, a co nie. Z góry dziękuję.

/

Minimalizm w fotografowaniu

Poważnie myślałam przez chwilę nad zmianą nazwy bloga z bloga o minimalizmie na blog o świadomości. Ale chyba jednak tego nie zrobię, bo, kurczę, mam ten problem, że minimalizm jako kierunek w sztuce, gust, estetyka zbiega mi się z minimalizmem, który definiuję jako myślność/świadomość. Lubię kanciastość i maksymalną prostotę formy, szarości i beże, czyli wszystko to, co przychodzi Ci na myśl, kiedy myślisz o minimalistycznych wnętrzach, ubraniach, dodatkach. Nie lubię bibelotów, tzw. upiększaczy przestrzeni, kolorowych poduszek na kanapie i pamiątek z wakacji na komodzie. Bardzo mnie męczy konieczność wycierania z nich kurzu. Poza tym naprawdę czuję, że nie są mi potrzebne i wiem, że najlepiej mi w przestrzennych, jak najbardziej pustych, jasnych wnętrzach. 

Ale jeśli czytacie mnie już chwilę, to dobrze wiecie, że minimalizm, o którym tu piszę, mało ma z tym wspólnego. Bo minimalizm to dla mnie przede wszystkim samoświadomość. W tym słowie kryje się wszystko. Priorytety, odrzucanie rzeczy, które nie mają wartości konkretnie dla Ciebie, świadomość potrzeb i ograniczeń, rozwój, słuchanie własnego ciała i duszy, kontakt ze sobą, podróż w głąb siebie.

U mnie te kropki się łączą już od dawna (co wcale nie znaczy, że osiągnęłam w swoim życiu czysty minimalizm, nie ma już nic do zmiany, uporządkowania, pracy, nie - nie, bo to proces), dlatego, kiedy przyszło mi na myśl dawno temu, żeby pisać, od razu wiedziałam, że będę pisać o minimalizmie. Jest to tak od góry do dołu i od prawej do lewej zgodne ze mną, z moim podejściem zarówno do dodatków, jak i kolorów w domu, do życia i do samej siebie, że aż mam ciary :)

I odkrywam coraz to nowe dziedziny życia, w których widzę ten swój minimalizm. 

Weźmy stosunek do fotografowania.

Tak jak Paweł najbardziej fotografować naturę, a mój tata poluje z aparatem konkretnie na ptaki, tak ja uwielbiam fotografować ludzi, chodź naturowymi smaczkami nie pogardzę, co z resztą można stwierdzić po tym, jak wygląda blog (choć część ze zdjęć jest Pawłowa). Jak fotografuję ludzi, zazwyczaj znikam za aparatem, mam go cały czas przy twarzy, i jednocześnie - gadam do nich. Rozmawiam, pytam, co u nich, chcę zdjąć z nich spięcie i doprowadzić do stanu naturalności. Wtedy znikam i robię dużo zdjęć. Łapię momenty, wyczekuję chwil, spojrzeń, uśmiechów.

Nie lubię przerostu formy nad treścią. Nie robię zdjęć przestylizowanych. Dokładnie tak, jak w ubieraniu się, czy dobieraniu biżuterii, pociąga mnie prostota formy.  Lubię na swoich fotografiach pokazywać rzeczy takimi, jakimi są. Gałązkę lubię sfotografować jak jest doczepiona do drzewa, tam, gdzie jej miejsce, nie wyrwana i położona na łóżku obok biżuterii i owsianki. Bo mi się to wtedy gryzie po prostu.

Wracając do ludzi, kocham naturalność, nie lubię póz. Bardziej niż do fotografii modowej i takiej mocno, powiedzmy, artystycznej, której nie odmawiam piękna, szczególnie jeśli zdjęcia robi Zaborowska, albo Błachut, ciągnie mnie do fotografii, która łapie naturalne emocje. Śluby to pierwsza rzecz, jaka przychodzi Wam teraz do głowy, prawda? Ale ja nie o ślubach myślę, a przynajmniej nie tylko i na pewnie nie głównie o nich. Myślę o fotografii rodzinnej i nazwijmy to, intymnej (nie w sensie nagości, ale naturalności, prywatności). Myślę o łapaniu uczuć, takimi, jakie są, w domowych warunkach. Myślę o wydobywaniu piękna z kobiet i mężczyzn. O poznawaniu ludzi i fotografowaniu ich w naturalnych sytuacjach. Odartych ze sztuczności, z ich własną prawdą na wierzchu. 

Minimalizm w fotografii to nie tylko chwytanie naturalnych emocji i nieobecność pozowania. To też praca z naturalnym światłem, z kątem i kadrem, z centrum, czyli Tobą, ograniczenie do minimum dodatków. To nawiązywanie relacji z osobą po drugiej stronie lustra, a jednocześnie znikanie za obiektywem.

Tak więc nie owinę Twojego dziecka w kocykowy kokon, nie nałożę mu dzierganej czapeczki z pomponem w kształcie pszczółki i nie powyginam go nienaturalnie, żeby zmieściło się do ozdobnego wiadra wyłożonego siankiem. Pogadamy przy herbacie i zrobię mu zdjęcie, jak leży w Twoich ramionach. Uchwycę, jak na nie patrzysz i jak cudownie się do Ciebie uśmiecha. Chcę uwiecznić prawdę.

I zrobię też zdjęcia tego, co masz w oczach i tego, jaka jesteś. Postaram się to wszystko wydobyć na wierzch.

Fotografią zajmuję się od bardzo dawna. Odkąd sięgam pamięcią to było największe hobby mojego taty. Zaszczepił mi to. Lataliśmy razem po krzakach, uczył mnie o głębi ostrości. Tatę ciągnęło do natury, do ptaków i krajobrazów, mnie do ludzi. W liceum zaczęłam więc wymyślać stylizacje i robić "sesje" przyjaciółkom. 

Potem studia, przestarzały sprzęt, inne miasto, inne sprawy. Umarło. Potem poznałam Pawła, który jest filmowcem, ma dużo fajnego sprzętu i tak się trochę odrodziło. Zrobiłam z nim kilka ślubów, potem kilka sesji noworodkowych, w międzyczasie mnóstwo zdjęć znajomym na różnych imprezach, kilka sesji dowodowo-linkedinowych, kupiłam lampę, zaczęłam uczyć się robić packshoty do KAVO. Projektowanie graficzne i fotografowanie idealnie połączyło mi się w jedno i stwierdziłam, że chcę się rozwijać i tu, i tu. Obydwie rzeczy dają mi niesamowitą satysfakcję.

Te zdjęcia, które tu widzicie to namiastka, którą akurat poczułam, że chcę tu wsadzić. Resztę znajdziecie tu: katarzynawojniak.com.

Jeśli interesuje Was fotografia, to mam Wam do polecenia kilka fotograficznych profili instagramowych. Nigdy nie pociągały mnie profile oparte na wymyślnych flatlejowych kompozycjach, zawsze ciągnęło mnie w stronę profili stricte fotograficznych. I od razu uprzedzam, że mój @kasiawojniak też będzie szedł w tę stronę.

@galaxy.souls - autoportrety i portrety siostry joginki. nie tylko. uwielbiam za klimat i wrażliwość!

@hannes_becker - natura w najlepszym wydaniu.

@helloemilie - niesamowita spójność kolorystyczna mimo zróżnicowania fotografowanych miejsc. 

@bartpogoda - klimat.

@whatforbreakfast - kulinarnie.

@the_southern_yogi - joga.

PS Ledwo mi przez palce przechodzą wpisy, które w jakikolwiek sposób reklamują moją działalność. Dlatego tak niewiele przeczytacie tutaj o KAVO. Ale kurczę, let's get over it. Powoli, stopniowo zaczynam myśleć o tym inaczej, w normalny sposób. Mam coś Wam do dania, jakąś wartość, która dla niektórych z Was może być wartością, a dla innych nie. A pytacie mnie w mailach, czy fotografuję na ślubach i czy mogłabym, wobec czego - odpowiadam - tak, mogę, chcę, zapraszam <3 Śluby mi nie straszne. I dzieci też nie. I linkediny, wizy i paszporty też nie. Bo paszportowe zdjęcie też może być piękne, i użyte nie tylko w paszporcie. Wiedzieliście o tym?

/

ile ważą Twoje mięśnie? - kilka słów o świadomym ruchu

Chciałam wrócić do tematu ciała na blogu. To, obok strefy ducha, jedna z najważniejszych stref, o których chciałam tutaj pisać.

Ciało jest ważne. Kontakt z nim jest ważny. Czucie ciała jest ważne. To, co w ciele, przekłada się na to, co głębiej. To działa w dwie strony. Napięcia z "głębiej" przekładają się na cielesne przykurcze.

Rok temu ciało zeszło w moim życiu na dalszy plan. Moim priorytetem stało się KAVO. Oprócz tego etat i każda wolna chwila spędzana na wymyślaniu wzorów, fotografowaniu i ... odsypianiu.

Rok temu zaczęłam mówić o nawyku ruchu, który prawie udało mi się wyrobić. Pamiętam, że wtedy po dwóch, czy trzech miesiącach stukłam sobie palec u ręki i na kilka tygodni przestałam ćwiczyć. Taki mały ekskjuz. Potem byłam już tak wybita, że nie wróciłam do ćwiczeń. I zamknęłam się o tym na blogu, z poczuciem wstydu i zażenowania. To był czas, kiedy rodziło się KAVO, które szybko wypełniło mnie całą. Ciało zeszło na dalszy plan. I teraz, z perspektywy sztywnego, pobolewającego kręgosłupa, miękkich jak galaretka nóżek i oponki wokół brzucha wiem, że nie powinno. Pewnie mogłam wtedy wyjść z siebie i wciąż się ruszać codziennie chociaż po pół godziny. Ale nie wyszłam. To znaczy wychodziłam z siebie codziennie. Ale szłam gdzieś indziej, nie na matę.

Moje ciało przez ten cały czas zdążyło lekko zgalarecieć, sflaczeć i zwiotczeć. Pisałam kiedyś tutaj na blogu o tym, że życie to nieustanna praca. Nie da się poćwiczyć na zapas, tak samo jak nie da się posprzątać na zapas. Albo najeść. 

Sport powinien być jak mycie zębów, jak zwyczajna profilaktyka zdrowia. Więcej, dobry sport jest jak dobre mycie zębów. Sztywna szczoteczka i sposób w jaki nią poruszasz ma ogromny wpływ na stan Twoich dziąseł. Dokładnie tak samo jak dobór i sposób wykonywania ćwiczeń mają wpływ na zdrowie Twojego ciała.

Jeśli tak jak ja, zaniedbałyście swoje ciała, czytajcie dalej, bo to, co powiem jest ważne dla każdego, kto pragnie wstać z kanapy.

Byłam kiedyś tenisistką. Nie zawodową, ale też nie amatorem. Trenowałam często i intensywnie, kilka razy w tygodniu. Grywałam w zawodach wojewódzkich, czego notabene nienawidziłam, bo bardzo źle znoszę rywalizację. Ale do rzeczy.

Tenis rozwalił mi kolano. Diagnoza lekarza brzmiała - przestań grać, nie biegaj, możesz trochę popływać. Nie grałam więc już i nie biegałam. Trochę popływałam. Potem miałam ruchowy przestój, związany jeszcze z innymi problemami. Po kilku latach tego obrzydliwego kanapowego lenistwa, postanowiłam, że zacznę biegać. Mieszkałam na warszawskich Kabatach, w pobliżu był cudowny las, była wiosna, było pięknie. Pierwsze dwa razy. Za trzecim razem kolano dało o sobie znać. Przypomniałam sobie zalecenia lekarza sprzed kilku lat. I jego bezradne słowa: żadnego tenisa, żadnego biegania. Nie miałam pomysłu, co zamiast. Znowu postanowiłam darować sobie aktywność. Minął kolejny rok. Chciałam coś ze sobą zrobić. W ręce wpadła mi Chodakowska. Zrobiłam Killera i następnego dnia nie mogłam chodzić. I nie, to nie były zakwasy. Obudziłam sie z kolanem pełnym pulsującego bólu, którego wcześniej nie znałam. To już nie był zwykły dyskomfort, lekki ból podczas ruchu, tylko ciągły mocny ból, który uniemożliwiał chodzenie.

Po wielu konsultacjach, rezonansach i innych przyjemnościach, dowiedziałam się, że mam pękniętą rzepkę i nic się z tym nie da zrobić. Nic - poza jedną rzeczą.

Rehabilitacja. Nauczka o wadze mięśni.

Wiecie na czym polega rehabilitacja i wiecie jaki cudowny sekret w niej tkwi? Ja nie wiedziałam.

Zadaniem mojej rehabilitacji było wzmocnienie mięśni wokół stawu. Tylko i aż. Nie wiem, czy odkrywam przed Wami Amerykę, ale wtedy dla mnie to było jak objawienie.

Miałam tak słabe mięśnie nóg (mimo że nigdy nie byłam typem chudej (ani grubej) niewysportowanej dziewczyny i całe życie coś ćwiczyłam, jeździłam na nartach, pływałam i ogólnie byłam sportowo sprawna), że moje biedne kolana brały na siebie cały nacisk, ciężar każdej przebieżki, każdego skoku, wyskoku, wypadu, pajacyka, kroku. Staw był zdestabilizowany, to znaczy nie było wokół niego mięśni, które trzymałyby go w odpowiedniej pozycji i odciążały podczas ruchu. 

Po 6 tygodniach rehabilitacji miałam widoczne mięśnie na nogach. Z przodu, z tyłu. Były piękne. Mogłam już chodzić. Czułam, jak moje mięśnie przejęły odpowiedzialność i ciężar kolan. Chodziłam mięśniami, nie stawami. Czułam się cudownie.

Myślę, że to dlatego czasem się słyszy o kolanach rozwalonych po Chodakowskiej. Jeśli nie masz mięśni, nie zabieraj się od razu za bieganie, skakanie i wypady. Zrób coś statycznego. Ustabilizuj stawy mięśniami, żeby uniknąć kontuzji. I skup się na ruchowej świadomości.

Jak? 

Po pierwsze znajdź nauczyciela. Nie zaczynaj od ćwiczeń w domu, bo nie będzie obok Ciebie nikogo, kto mógłby skorygować Twoją postawę, a, wierz mi, Twoja postawa podczas ćwiczeń, czy to jogi, czy pilatesu, czy CZEGOKOLWIEK, jest niezmiernie ważna. Musisz wyrobić sobie dobre nawyki ruchowe.

Po drugie, wybierz ćwiczenia statyczne. Idealny może okazać się pilates, który budzi do życia mięśnie głębokie, skupia się na tzw. "core", czyli na mięśniach centrum, mięśniach tułowia, które, silne i wyćwiczone, będą stabilizować cię przy wszystkich ćwiczeniach i w ogóle - w życiu. Jeśli nie pilates, to może siłownia z mądrym trenerem? Trochę statycznych ćwiczeń na dane partie mięśni sprawi, że Twoje stawy zaczną inaczej działać i będziesz mogła przejść do bardziej "wyskokowych" sportów. 

Pamiętaj o jednym - na drodze zgłębiania tematu ruchu, a już tym bardziej, jeśli będziesz chciała zgłębić go do cna, usłyszysz miliard sprzecznych opinii. Zawsze, w każdej kwestii, staram się dobić do dna i zapukać od spodu, dowiedzieć się wszystkiego, przeczytać skrajne opinie, rozmawiać z ekspertami. I od kilku fizjoterapeutów słyszałam, że joga źle (!) działa na ciało i może prowadzić do poważnych kontuzji. Od joginów-fizjoterapeutów z kolei słyszałam, że joga jest cudowną terapią dla ciała i duszy. Dużo czytałam. Jogą zachwycam się od dawna do dziś i planuję rozwój w jej zakresie.

Ale powoli. Świadomie. Z czuciem. Nie daję się porwać ideologii, podchodzę do tego z dystansem.

Bo z tych wszystkich moich dociekań wypływa tylko jeden wniosek. Wczuj się w ciało, słuchaj, co mówi, poczuj, co chce Ci przekazać. Będzie trudno, bo my tutaj dzisiaj mamy w większości bardzo słaby kontakt z ciałem. Zacznij od początku. Nie decyduj się na pozycje i ćwiczenia, na które nie jesteś gotowa i w których czujesz dyskomfort. Powoli.

Znajdź mądrego nauczyciela/trenera. Przyda Ci się na początku drogi. 

Na własnym przykładzie wytłumaczę Wam, o co mi chodzi z tym trenerem. Mam lordozę, to znaczy mój kręgosłup w odcinku lędźwiowym jest mocno wysunięty w przód. Mgliście o tym zawsze wiedziałam, ale nie przywiązywałam do tego wagi podczas samodzielnych ćwiczeń. Ostatnio na pilatesie instruktorka mnie skorygowała i kazała mocno skupiać się na odpowiednim ustawieniu miednicy tak, by nie pogłębiać lordozy, a uczyć się prawidłowego neutralnego ustawienia kręgosłupa. Tak samo jest z przeprostami w łokciach i kolanach, z których możemy sobie nawet nie zdawać sprawy i w ogóle z ułożeniem ciała w każdej pozycji. Dlatego jestem wielką zwolenniczką treningów pod czyimś okiem, czy to joga, czy siłownia, czy pilates, przynajmniej przez pierwszych kilka miesięcy, w których możemy wyrobić sobie dobre wzorce ruchowe. Youtube przeładowany filmami instruktażowymi to super sprawa. Szerzy różne formy ruchu, inspiruje, motywuje i sprawia, że każdy, bez względu na zasobność portfela i miejsca zamieszkania, może ćwiczyć. Mimo to uważam, że początki to początki i nic nie zastąpi korekty doświadczonego trenera, który z boku patrzy na nasz sposób wykonania ćwiczenia.  A nieświadome powtarzanie złych wzorców ruchowych może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Ja postanowiłam najpierw skupić się na pogłębianiu świadomości własnego ciała i kształtowaniu dobrych wzorców ruchowych pod okiem trenera. Zaczynam od środka, od statycznego ruchu. Ćwiczę pilates i jogę. W którymś momencie przerzucę się pewnie na ćwiczenie w domu, ale na to musi przyjść czas.

Dajcie mi znać, jak Wasze ciała? Ruszacie nimi, czujecie, co do Was mówią?

/

szafowe wnioski - kgkd

Postanowiłam przeorganizować formułę KGKD, bo chyba ani Wam, ani mi ona jakoś specjalnie nie leży. Chcę pisać o szafie, ale wciąż myślę, jak. KGKD jest najpewniej dla Was za nudne, domyślam się, że szukacie urozmaicenia, większej różnorodności, kombinowania. Inspiracji, nie gotowych rozwiązań, nie sztywnego systemu. A KGKD jakby nie patrzeć jest przewidywalne i monotonne. Może aż zbyt proste. Nie warto więc, żebym Was tym zanudzała. Mnie KGKD bardzo pomogło w osiągnięciu własnych celów, bo było pierwszym świadomym i zarazem PRAKTYCZNYM, a nie zamkniętym w teoretycznych rozważaniach, krokiem do budowy własnego stylu. Poza tym dla mnie to system idealny, bo mam w głowie bardzo sprecyzowany zbiór ubrań, które chcę nosić. 

Jeśli moje kgkd to za duże ekstremum, jeśli macie w szafie różnorodność kolorów i okazji, które wymagają innych stylów ubraniowych i wcale nie chcecie, żeby każda góra pasowała do każdego dołu, a więc nie jesteście zwolenniczkami skrajnego uniwersalizmu, odsyłam jak zawsze do Kasi z Simplicite, którą na pewno znacie i która swoje Szafy Minimalistki prowadzi świetnie, konsekwentnie i z wyważoną dawką urozmaicenia. Niby ubrań jest niewiele, ale cały czas coś się dzieje i fajnie to wychodzi.

Ja pozostaję w swojej nudnej przewidywalności. Ale też mocnej określoności. Przez ostatni prawie rok chodziłam do pracy etatowej. To był dla mnie idealny czas na testowanie kgkd. Latem nie wyrabiałam się ze zdjęciami, jesienią udokumentowałam 2 miesiące i 1 tydzień. W sumie sztywno kgkd trzymałam się 3 jesienne miesiące. Lato było okresem testowania, czy ta metoda ma w ogóle sens. Ta metoda ma sens, jeśli Twoje życie uporządkowane jest przez rutynę i codziennie wychodzisz do pracy, w której musisz wyglądać w określony sposób. Metoda straciła sens w momencie, w którym zaczęłam pracować z domu i dużą część każdego dnia życia spędzam w wygodnym dresie.

Co dał mi sezon w systemie KGKD? 

1. KGKD zmusiło mnie do wyciągnięcia z szafy rzeczy, po które prawie nigdy nie sięgałam, zmusiło do odczuwania siebie w tych rzeczach. W wielu przekonaniach na temat własnego stylu i ubraniowych upodobań się utwierdziłam. I dzięki temu doświadczeniu wiem, czego chcę, bardzo konkretnie.

2. Definitywnie raz na zawsze przestałam kupować sobie ubrania choćby w małym stopniu wykraczające poza sztywne ramy, w jakich zamknęłam własny styl. Dzięki zdjęciom, które sobie robiłam na potrzeby KGKD bardzo precyzyjnie i konkretnie jestem w stanie zwizualizować swój styl jesień-zima. Wiosna-lato to jeszcze pole do przemyśleń, wróć - doświadczeń. Przemyślenia na sucho to jedno, a wcielenie przemyśleń w życie i TESTOWANIE to drugie. 

3. Moim celem jest posiadanie ubrań uniwersalnych na każdą możliwą (w moim życiu) okazję i wiem, że to możliwe. Nie chcę zmieniać swojego stylu w zależności od okazji, dostosowywać go do okoliczności. Tu oczywiście wkrada się czasami niezależny od nas czynnik życiowy, który może ograniczać. Wtedy rzeczywiście może być tak, że w pracy wyglądasz zupełnie inaczej niż na spotkaniach z przyjaciółmi, czy wypadzie za miasto. Na razie mi to nie grozi. Moim celem jest ubierać się w jednym stylu, w jeden określony sposób podczas 90% życiowych okazji. Sądzę, że z wyłączeniem sporadycznych imprez da się to zrobić.

4. Czuję, że mój gust z wąskiego stał się jeszcze węższy. Wiem też, że bardziej niż czerpanie z różnych stylów i bawienie się ubraniami, inspiruje mnie Steve Jobs i jego czarne golfy, Jesse Kamm i jej szerokie spodnie, Zuckerberg i jego szare koszulki. Inspiruje mnie konsekwencja i świadoma jednorodność. Pociąga mnie możliwość stwierdzenia, kim jest nosiciel ubrań po samych ubraniach.

5. Patrząc na siebie w niektórych ubraniach, czarno na białym zobaczyłam, jak ważne jest ciało, ukryte pod ubraniami. Ciało, które niestety przez ostatni rok zaniedbałam. Jak tylko zwolniłam się z etatu poleciałam na zajęcia jogi i pilatesu i teraz z Pawłem chodzimy praktycznie codziennie. Strefa ciała odżyje dzięki temu na blogu.

Dogłębna konsekwencja stylowa ma miejsce wtedy, kiedy istnieje jakiś stały element naszych zestawień ubraniowych, który wszyscy wokół wiążą właśnie z nami. I, jak już pisałam dawno temu, może to być forma ubrań, zawsze taka sama, np. falbaniasto-lejąca, albo sztywno-kanciasta. Może to być też jasno sprecyzowana paleta kolorów, albo jakiś element charakterystyczny, np. motyw pasków, okulary wielkie koła, motyw kwiatów, lub czerwona szminka.

Kgkd to była w zamierzeniu taka trochę cisza przed burzą. To sposób na poznanie szafy, wyrzucenie rzeczy, w których źle się czuję, użycie jak największej liczby kombinacji To takie stworzenie bazy, do której potem można dokładać dodatki, biżuterię, okulary, nakrycia głowy.

Jeśli wciąż nic nie wiecie i macie problem z własnym stylem, może Wam pomóc określenie celów. Co chcecie osiągnąć? Jak chcecie wyglądać? Jak bardzo urozmaicone mają być Wasze codzienne zestawienia ubrań? Jaka paleta kolorów jest dla Was najlepsza? I eksperymenty. To najważniejsze. Moim celem było praktyczne zmierzenie się z tym, co lubię nosić, a czego nie; obserwacja własnych odczuć i przegląd szafy (miałam tendencję od noszenia wciąż tego samego) oraz zuniwersalizowanie stylu na (prawie) każdą możliwą okazję życiową.

I jeszcze w kwestii samego procesu kgkd, powiem kilka słów o zimie.

Zimą byłam golfowa. Kupiłam jedne spodnie khaki (zdjęcie nr 3 poniżej) i dwa golfy - czarny i beżowy (zdjęcia 3 i 4). Zima była dla mnie bardzo wyczerpującym okresem i przestałam skupiać się na kgkd, wróciłam do starych nawyków zakładania na siebie wciąż tego samego. Żadnych spódnic i sukienek - kilka swetrów i nowe spodnie khaki (zdjęcie 3), czasem na zmianę z dżinsami (zdjęcie 4). Spodnie ze zdjęcia nr 1 i 2 są już dość znoszone, męczyłam je mocno jesienią i chyba przyszła na nie już pora. Zima nie była wyjątkowo mroźna, a ja poruszałam się głównie samochodem, więc płaszcz ze zdjęcia 4 i buty ze zdjęć 1, 2 i 4 służyły mi praktycznie codziennie, od wczesnej jesieni, aż do teraz, choć teraz już włączyłam w repertuar okryć wierzchnich lżejszy płaszczosweter i skórzaną kurtkę. Sweter ze zdjęcia 2 po kilku praniach zrobił się bardzo szmatławy, dogorywa w szafie. Z kolei sweter ze zdjęcia 1 jest cudowny. To kaszmir, niedrogi jak na kaszmir, który nie skulkował się prawie wcale, zachował swój kształt i bardzo dobrze wygląda po kilku praniach. Nosiłam go bardzo często, bo jest ciepły i trudno się w nim spocić. Jednak co wełna to wełna. 

Dajcie znać, jak się mają Wasze szafowe cele? Próbowałyście kgkd? A może capsule wardrobe? 

/

wydobywacze światła

Uwaga. To tekst z cyklu "wyciągam wpisy z przepastnych czeluści blogowego czyśćca".

Często mam tak, że jeden tekst piszę kilka tygodni, albo nawet miesięcy. Czasem muszę go na chwilę zostawić, bo coś jeszcze w temacie doszukuję i doczytuję. Tak jest na przykład z wełną, o której piszę od pół roku i nie mogę puścić tekstu, bo nie znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. W tekście mam dziury, a dziur tam być nie może. Zawsze w każdym temacie usiłuję dobić się do dna i powiedzieć o warstwie, która leży tam na dole. Zazwyczaj wtedy wiem już dużo mniej niż myślałam, że wiem na początku. Radośnie więc piszę o obydwu stronach tej warstwy, leżącej na dnie. Lub nie piszę wcale.

Zdarza się, że kandydata na post czytam codziennie przez kilka tygodni i codziennie ulepszam tylko jedno zdanie. I dopóki nie poczuję (słowo klucz), że to jest już TEN MOMENT, żeby go puścić do Was, nie puszczam. Nie ma przepływu, nie puszczam. I czasem też jest tak, że jakiś tekst chcę puścić bardzo i skupiam się na nim cała. I nic innego blogowo nie robię. Stąd właśnie, jakby kto pytał, biorą się tekstowe przestoje. 

W twórczych zadaniach nie uznaję nic na siłę. Więc jestem bardzo slow. Choć chciałabym być trochę jednak faster.


No dobra, do rzeczy.

Dużo w ubiegłym roku gadałam o szafie (i wrócę do tego w tym roku, nie martwcie się, już niedługo ;)), ale tak właściwie dobra szafa i przemyślany styl to wtórne warunki piękna. To tylko wierzchnia warstwa, która tak naprawdę jest z tego wszystkiego najmniej istotna.

Za materiałami, które na siebie nakładamy, kryje się ciało, mniej lub bardziej zintegrowane z czymś jeszcze subtelniejszym - duszą. To naczynia połączone. Światło wydobyte ze środka, da o sobie znać w warstwie zewnętrznej. W oczach i w uśmiechu. W czymś nieuchwytnym, roztaczającym się wokół Ciebie.

Żadne piękne dopasowane stylizacje, określony konsekwentny styl i odpowiedni dobór kolorów nie przykryją niewyspanej skóry, zmęczonych powiek, cielesnej galaretki i, idąc jeszcze głębiej, smutku w oczach. Strefy ciała i ducha, krótko mówiąc.

Tak jak żadna piękna okładka nie uczyni z książki pisarskiego arcydzieła, tak żadna operacja plastyczna, ani żaden mejkap nie przywrócą blasku oczom.

Są osoby, które tak promienieją od środka, że nie zwracasz nawet uwagi na ich ubrania/fryzurę/makijaż. Ich oczy przesłaniają wszystko i mówią wszystko.

Piękno przebija ze środka, reszta jest dodatkiem, mniej lub bardziej potrzebnym. I wierzę w to, że każda z nas to piękno ma w sobie. Czasami tylko coś je przyćmiewa. Ale w środku jest pięknie, zawsze.

Dlatego stworzyłam listę spraw, które, wierzę, są w stanie wydobyć światło ze środka. A przynajmniej ja tak właśnie widzę odśrodkowe piękno. Jako miks tych wszystkich cech, które wymieniam poniżej. Poza tym ta lista to też lista spraw, które włożyłam do swojej szuflady: pracuj nad tym, to ważne.

Więc się dzielę z Wami :)

Wydobywacze światła.

1. Akceptacja stanu rzeczy, jako pierwszy krok do pozytywnej zmiany. Dopóty, dopóki nie akceptujesz tego, co jest, pozostajesz w konflikcie ze światem zewnętrznym, siłujesz się z życiem, nie lubisz życia, nie chcesz go w takiej formie, w jakiej go doświadczasz. To nie przyciąga pozytywnych zmian, to przyciąga jeszcze więcej smutku i poczucia rozczarowania tym, co jest. Akceptacja łączy się bardzo ze spokojem i docenieniem życia, które się ma. Z wdzięcznością i radością.  

2. Poczucie pełni. Poczucie, że nikogo do szczęścia nie potrzebujesz, jesteś szczęśliwa bezwarunkowo, nie uzależniasz szczęścia od czynników zewnętrznych. Jesteś całym pełnym jędrnym słodkim jabłkiem. Nie zagubioną cząstką, która szuka uzupełnienia w postaci drugiej, pasującej połówki. Jesteś całością. Więc pokochaj się w końcu raz a porządnie.

3.

We are all going to die, all of us, what a circus! That alone should make us love each other, but it doesn’t. We are terrorized and flattened by trivialities. We are eaten up by nothing.
— Charles Bukowski

Umiejętność odpuszczania. Wybaczania. Miłości, po prostu. Do wszystkiego i wszystkich. I do siebie. Umiejętność przechodzenia ponad przejawy czyjegoś rozbuchanego ego. I własnego też. Żeby to sobie ułatwić, mam w głowie jedną prostą prawdę: "wszyscy kiedyś umrzemy". I nasze ciała zjedzą robaki. Bez wyjątku. Ile warte jest teraz Twoje wkurwienie, Twoja obraza, rywalizacja i złość? "Wszyscy kiedyś umrzemy" to tekst, który mnie nie dołuje, a bardziej przyciąga do "teraz", obnażając bezsens chorych ambicji, dążenia do sławy, władzy, wielkiej kasy i pokazując sens życia po prostu, wagę okazywania miłości w najdrobniejszych szczegółach codzienności. Życie i ludzie wokół dają nam przecież miliard sposobności dziennie, żeby nauczyć się kochania i odpuszczania.

Odpowiednia perspektywa jest kluczem.

4. Poczucie piękna. Masz w sobie mnóstwo pięknych elementów. I cielesnych i duchowych. Nie zapominaj o nich, kiedy myślisz o sobie źle. A najlepiej to w ogóle zrób sobie listę Twoich fizycznych i psychicznych piękności. Na pewno jest ich sporo. Co masz w sobie ładnego? Napisz mi na dole.

5. Porzuć strach, albo jeśli nie potrafisz - bój się, ale działaj. Strach stoi w opozycji do miłości i wynika z jej braku. Obserwuj go uważnie i nie daj się mu kontrolować. Jeśli potrafisz, zrób to, co ja, kiedy się boję. Patrzę na gwiazdy, wyobrażam sobie kosmiczną przestrzeń, te wszystkie wielkie planety z małą Ziemią gdzieś na uboczu i uświadamiam sobie, jaka mała jestem. Ja i ten mój strach. Nic tutaj złego nie może mi się stać. Śmierć to tylko furtka do Gdzieś Indziej. A jak przyjdzie Ci się tutaj zmierzyć z czymś potwornym, i tak będziesz musiała. Nie musisz teraz o tym rozmyślać.

Oczywiście, że to nie działa zawsze. Ale czy jest coś, co działa zawsze?

6. Obserwacja jako droga do neutralizacji. Swoista uważność nakierowana na własne zachowania, postawy, opinie. Czasem nie trzeba robić nic ponad uważną obserwację. Już samo to, że namierzam falę wkurwienia, która mnie właśnie zalewa, sam fakt, że jestem świadoma jej istnienia, stanowi zalążek zmiany. To pierwszy krok.

7. Dowiedz się, kim jesteś. Nie spocznij, dopóki się nie dowiesz, kim jesteś i zwalczysz w sobie ostatnie przejawy udawania kogoś innego. Odnajdź w końcu prawdziwą siebie.

8. Bądź bardziej tu. To co było, było. Nie wróci, więc utnij rozpamiętywanie. To co będzie, będzie. Zdążysz to przeżyć, bez względu na to, czy będzie przyjemnie czy nie. Jeśli cały czas rozpamiętujesz przeszłość lub myślisz co będzie, albo już niedajBoże zastanawiasz się co by było, gdyby... tak naprawdę nie żyjesz nigdy. Życie jest tylko tu. Całą reszta to film, który sobie puszczasz w umyśle. Przeszłość, wałkowana tysiące razy, przestaje być obiektywna (o ile kiedykolwiek była) i zaczyna być wytworem Twojej wyobraźni, Twojego filtru, przez który przepuszczasz wszystko, co się dzieję. A przyszłość? Przyszłość tworzysz tym, co myślisz i robisz teraz i tu.

Więc płyń, tak po prostu.

i...

9. Doświadczaj. Mądrzy mówią, że po to tu jesteś. Po nic innego.

10. Wykształć w sobie postawę nieoceniającą. To jest to openness of being, o którym niedawno pisałam. Nieoceniający ludzie są piękni, bo ich postawa sprawia, że możesz być przy nich naprawdę sobą ze wszystkimi swoimi wadami, niedostatkami i słabościami. Nie musisz nosić masek, oszukiwać, uciekać się do białych kłamstw, możesz po prostu być. Więc stań się człowiekiem, przy którym inni nie muszą nic udawać.


W myśl mojej kavowej wizji biżuteria = narzędzie do rozwoju, stworzyłam ostatnio lustrzanki - napisy grawerowane na kolczykach i naszyjnikach w lustrzanym odbiciu, czyli tak, że widać je tylko w lustrze. Ich zadanie jest proste - to wydobywacze światła, impulsy do uśmiechu i do zmiany. Do pracy nad sobą. To napisy, które kierujesz do samej siebie, tak jak NOW na bransoletce. Te napisy mają Ci pomóc. Uspokoić, kiedy się zdenerwujesz, pozytywnie natchnąć do działania rano. Powiedzieć Ci, że jesteś piękna. Bo jesteś.

Może jest szansa, że jak codziennie w lustrze, patrząc na siebie przeczytasz "you're beautiful", to uwierzysz, że to prawda?

Czasem granica między trywialnością, a głębokim przekazem jest bardzo cienka. Obwieszamy się masowo hasłami, cytatami, wieszamy na ścianach grafiki z ładnymi tekstami w stylu "do what you love" i czasem mnie to śmieszy, a czasem porywa głębią. Dopóki sami nie nadamy znaczenia tym hasłom i cytatom, dopóki sami nie weźmiemy ich głęboko do serca i nie popłyniemy z nimi we własnym życiu, nic nie będą znaczyć. Są ludzie, dla których moje NOW na zegarku i "let go" w lustrzanym odbiciu na kolczykach, albo "jesteś piękna" na naszyjniku to straszliwe cliché. Dla mnie to narzędzia do pracy nad sobą. Wierzę, że mają potencjał, żeby codziennie, po trochu ulepszać życie, przypominając o dobrej zmianie.

Ale tylko, jeśli Ty sama tego chcesz.

PS Rok temu myślałam, że za rok zgłoszę swój blog do konkursu Blog Roku. I wiecie co? Przegapiłam ten moment. Dokładnie tak samo, jak w zeszłym roku przegapiłam Share Weeka. Albo jestem upośledzona, albo po prostu się do tego nie nadaję.

PS 2 Znacie jeszcze jakieś wydobywacze światła? Postawy, cechy, zachowania, które czynią z nas pięknych ludzi?


Czytaj więcej ze strefy ducha:

/