kształtowanie nawyków (1)

Tak sobie trochę porozmyślałam o tych wszystkich wyzwaniach minimalistycznych, które krążą tu w Polsce i na zagranicznych blogach. I doszłam do wniosku, że, mimo że na pewno przyczyniają się do wzrostu świadomości, samorefleksji, ogólnego rozwoju i dążenia do bardziej minimalistycznego życia i w ogóle są bardzo fajnym zjawiskiem, to jednak jeden dzień zmiany wiele może nie zdziałać. 

Co nam przyjdzie z wyłączenia fejsbuka na jeden dzień, skoro już następnego dnia przesiedzimy na nim 5 godzin?

Jestem daleka od krytki tych wyzwań, uważam, że to naprawdę super sprawa. Codziennie jedna mała rzecz, która nas rozwija, doskonali i przybliża do celu. Tyle tylko, że, jak niedawno pisałam, nawyk potrzebuje czasu, żeby wejść w krew.

Wymyśliłam więc inną formę wyzwań, których wyzwaniami nie chciałabym nazywać. Nazwałabym ten mój system raczej kształtowaniem nawyków. Pomyślałam sobie, że w myśl zasady małych kroczków i “one thing at a time”, z początkiem każdego miesiąca wybiorę sobie jeden nawyk do ukształtowania, licząc na to, że po tych 30 dniach wejdzie mi w skórę i pozostanie na mniej lub bardziej zawsze.

Na pierwszy ogień wybrałam ruch, bo to naturalny antydepresant. Teraz przy tak pochmurnej i szarej zimie na pewno się przyda. Ja z bólem przyznaje, że taka szara nijaka zima działa na mój stan psychofizyczny naprawdę kiepsko. 

Poza tym idzie wiosna, a efektem ubocznym naszego nawyku będzie poprawa nie tylko samopoczucia, ale też fizyczności oczywiście. Nie chodzi nawet tylko o te nieszczęsne kilogramy, których pod koniec miesiąca będzie pewnie mniej, ale przede wszystkim o jakość skóry na ciele - zniknie cellulit, ciało będzie jędrniejsze, mięśnie silniejsze i tak dalej i tak dalej. W ogóle wszystko się zmieni na lepsze. O ile oczywiście nie przeżremy wszystkiego, co spalimy. 

1 godzina ruchu dziennie, codziennie. Nie musi to być codziennie siłownia, nic z tych rzeczy. Może to być zwykły żwawy spacer. Można ten ruch podzielić na dwie tury. Nawet na trzy można. Ważne, żeby był codziennie, żeby sumarycznie to była minimum godzina. Ważne też, żeby się nie przeforsować, bo potem można odpuścić kolejny dzień, a tego nie chcemy. Chcemy konsekwentnej, codziennej, nie zabójczej lecz zjadliwej dawki wysiłku. Oczywiście to zależy od Waszej kondycji wyjściowej. Chcemy, żeby organizm wzmacniał się powoli, ale stanowczo.

Wrzucam Wam “formularz” na luty. Macie tam po kolei dni lutego. Najlepiej to wydrukować, powiesić gdzieś i codziennie przed snem wpisywać jaką aktywność dziś wybrałyśmy/liśmy. Ile jakiej formy ruchu było. 

Przyłączycie się?

Ja zaczynam 1 lutego.