dlaczego wszystko płynie

Pracuję nad kolejnymi czterema strefami - strefą wnętrza, ciała, relacji międzyludzkich i biżuterii. Już niedługo skończę zdjęcia i grafiki i zacznę zgłębiać po kolei każdą strefę. Póki co dzielę się z Wami moimi przemyśleniami, dotyczącymi rozwoju świadomości. Wydaje mi się, że to kluczowy aspekt wszystkiego. 

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że wszystko jest w ruchu, nic nie stoi w miejscu. Wszystko albo idzie do przodu, rozwija się, albo się cofa, umiera.

Zaniedbanie jakiejkolwiek sfery życiowej prowadzi do jej powolnego umierania. Jak się tak nad tym zastanowić, to bardzo ciekawa sprawa. 

Niećwiczony, bierny mózg słabnie. Zaczyna pracować wolniej i gorzej. Powoli, ale jednak.

Niećwiczone ciało flaczeje. Mięśnie słabną, skóra wiotczeje, obrasta tłuszczem. A nawet jeśli z natury jest tak miła, że nie obrasta tłuszczem, to mięśnie pod nią i tak słabną. Najbardziej to widać w chorobie. W ciężkiej chorobie, w której leżymy i się nie ruszamy, lub mamy nogę w gipsie przez kilka tygodni. Mięśnie po prostu zanikają = umierają.

Dziecko, któremu przestajemy poświęcać czas, zaczyna rozwijać się wolniej, zamykać w sobie.

Nasze narządy wewnętrzne o które nie dbamy też nie pozostają w tej samej kondycji. One powoli umierają. Zła dieta, używki, stres. To nie powoduje, że nasze zdrowie "stoi w miejscu". To powoduje śmierć.

Wszystko płynie. Albo w jedną stronę, albo w drugą.

O wszystko trzeba dbać. Cały czas. To jest dla mnie niesamowite odkrycie.

Jasne, powiecie. Wszystko umiera. A życie jest chorobą śmiertelną. To poniekąd prawda. Niestety, można umrzeć za życia. Można umierać przez całe życie. Można też kwitnąć. I o to mi właśnie chodzi w dzisiejszym tekście. 

W naszej rzeczywistości nic nie da się wypracować na zapas. Nie da się poćwiczyć na zapas, zbudować supersilnych i pięknych mięśni na zapas, zdrowo jeść na zapas, pielęgnować ciała na zapas, powyrzucać niepotrzebne rzeczy i ubrania na zapas, posprzątać dom na zapas. 

Żeby było dobrze i żeby się rozwijać trzeba te wszystkie rzeczy robić systematycznie. I konsekwentnie. A najlepsze jest to że da się w tej rutynie znaleźć piękno i pole do kontemplacji. I tak można kontemplować każdą, najprostszą czynność życiową.

Z tego wniosek, że życie to stała praca. Nauka pokory. Codzienna praca nad sobą, duchem, ciałem, charakterem, zdrowiem, wnętrzem.  

Ważne jest wyrobienie sobie dobrych, zbawiennych nawyków. 

Nawyk odkładania rzeczy na miejsce.

Nawyk utrzymywania przestrzeni wokół w prostocie i czystości - im mniej przedmiotów tym lepiej. I tym mniej do sprzątania.

Nawyk ćwiczenia ciała - codziennie! Nawet jeśli miałby to być półgodzinny spacer. Nie skazujmy naszych mięśni na śmierć.

Nawyk ćwiczenia mózgu.

Nawyk zdrowego odżywiania.

Nawyk pozbywania się niepotrzebnych rzeczy i ubrań.

Nawyk minimalistycznego kupowania - kupuję tylko to, czego naprawdę potrzebuję. Rezygnuję z kupowania emocjonalnego.

Nawyk wyciszania się.

Na wypracowanie każdego z tych nawyków trzeba poświęcić co najmniej miesiąc. Wiecie jak to jest z nawykami. Trzeba je sobie wstrzyknąć w żyłę, a to zajmuje chwilę czasu. Trzeba je zaakceptować, przyzwyczaić się do nich, polubić je, a potem pokochać i nie móc bez nich żyć. Da się to zrobić, potrzeba tylko (albo aż) ŚWIADOMOŚCI, odrobinę silnej woli i troszkę cierpliwości.

No i jeszcze jedno. Najcudowniejsze w tym wszystkim chyba jest to, że nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest za późno na zmianę nawyków i na rozkwit. Nawet jeśli zdarzyły się już jakieś nieodwracalne rzeczy, można zmieniać inne aspekty życia. 

Zmieniajmy się zatem. Na lepsze.

Powodzenia!