jak osiągać swoje cele

Dziś znowu o truizmach — path is the destination, bo przecież life to journey.

Cele i ich osiąganie.

Popatrzmy na to w ten sposób: efektem naszych działań zawsze będzie śmierć. Z a w s z e. Wiec największą głupotą jest obsesyjnie myśleć o tym, kiedy w końcu osiągniemy dany cel i stawiać warunki szczęściu. I myśleć, że to co jest teraz jest tylko przejściowe, bo przecież idziemy do celu i ten cel jest najważniejszy. 

Nie ważne, czym jest ten cel. Czy to jest rodzina, dziecko, 5 kilo mniej, pieniądze. Nie ma różnicy. Skupianie się na celu jest zawsze pułapką, jaki ten cel cudowny by nie był.

Życie to naprawdę jest podróż, a ta podróż musi być celem samym w sobie. Inaczej nigdy nie osiągniemy stanu szczęścia. 

Chciałabym, żebyśmy sobie teraz wszyscy zadali trzy pytania: 

Pytanie nr 1. Czy zdarzył Ci się kiedyś następujący proces myślowy: “jak już schudnę 5 kilo/jak już będę umięśnionym, przystojnym facetem, to będę szczęśliwa/szczęśliwy”, albo “dziecko mnie uszczęśliwi”, albo “jak znajdę tego jedynego, to w końcu zaznam szczęścia i spełnienia”, albo “jak zostanę dyrektorem tej i tej firmy, to będę szczesliwy’, albo “jak będzie mnie stać na to i na to, to będę szczęśliwy”. 

Mnie się taki proces myślowy zdarzył. I to nie raz.

Pytanie nr 2. Czy kiedykolwiek udało Ci się dojść do któregoś z tych celów?

Tak, udało mi się (np. schudłam).

Pytanie nr 3. Czy to Cię uszczęśliwiło?

Nie. Nie. Nie. Zupełnie nic się nie zmieniło. 

Oczywiście, fajnie jest czuć na sobie swoje chudsze ciało, ale co z tego. Szczęścia mi to na pewno nie dało. 

Dokładnie tak samo, albo jeszcze gorzej jest z kasą. Nie bez powodu mówi się o tym, że najbogatsi to Ci najbardziej nieszczęśliwi. Może trochę lepiej jest z samospełnieniem. Jeśli spełniliśmy się zawodowo, robimy to co lubimy i mamy z tego pieniądze, nasza praca ma sens, czujemy się doceniani, to rzeczywiście może sprawić, że poczujemy się szczęśliwi. Ale to złudne poczucie szczęścia. Dlaczego złudne? Bo zawsze możemy to stracić i stać się znowu nieszczęśliwymi. Tak więc jest to uzależnianie swojego szczęścia od warunków zewnętrznych.

Jaka jest recepta?

Najprostsza na świecie. 

Ciesz się procesem.

Skup się na procesie.

Miej gdzieś tam w głowie zwizualizowany cel, ale nie rozmyślaj o nim obsesyjnie i nie warunkuj nim swojego szczęścia.

Droga jest celem samym w sobie.

Bo życie jest tu i teraz. Tylko.

Przyszłość prędzej czy później stanie się teraźniejszością, a potem przeszłością.

I jeśli wciąż będziemy żyć w przyszłości, myśląc o celach, w końcu poczujemy stracony czas.

Dlaczego nie cieszyłam się młodością, jestem już taka stara...

Dlaczego nie cieszyłam się wiatrem na twarzy, tylko klnęłam, że jest tak zimno. Teraz nawet nie mogę wyjść z domu, bo jestem taka stara i schorowana.

Tak więc odpowiedź na pytanie “jak osiągnąć swoje cele” jest prosta i przewrotna - nie skupiać się na nich, odpuścić. Oczywiście dążyć i pracować na nie, ale mieć w głowie myśl, że ważne jest to co teraz, a nie to, co będzie. To co będzie zależy bardzo od nas, ale nie tylko, a jedyne na co mamy 100-procentowy wpływ to to jak i co myślimy TERAZ. 

Ponadto, wielcy mówią, że dopiero jak odpuścisz obsesyjnie myślenie o czymś i zaakceptujesz stan teraźniejszy, to to coś o czym marzysz może się spełnić i się spełni. Cóż… coś w tym jest, myślę.

Pozdrawiam Was ciepło i zapraszam do przeczytania moich podobnych tematyką postów — wdzięczność za ptaki na niebie i jak ćwiczyć szczęście.

strefa duchaKasia8 Comments