bądź najlepszą wersją siebie. codziennie od nowa

Chyba nie muszę powtarzać za miliardem psychologów, coachów, mentorów i innych, że każdy z nas jest wyjątkowy. Przecież wszyscy o tym wiemy. Patrzymy na koleżankę, myśląc, jak ona mogła się tak ubrać. Rozmawiamy z kolegą i nie możemy uwierzyć, że on naprawdę ma w głowie to, co właśnie artykułuje jego aparat gębowy. Zastanawiamy się, jak można pracować jako tłumacz i się nie zachlastać po godzinie (przykład z autopsji), nie możemy uwierzyć, że ktoś może chcieć sam z siebie studiować matematykę, albo że ktoś lubi pracować z dziećmi.

Każdy z nas jest inny, a więc każdy tak samo przeciętny i tak samo wyjątkowy jednocześnie. Dlatego jakiekolwiek porównywanie się do kogokolwiek, a już niedajboże wartościowanie, jest bardzo bez sensu, bo to trochę tak, jakby małpa porównywała się do pstrąga, albo chociaż pstrąg do śledzia. Albo jeden kamień na plaży do drugiego. Czujecie ten absurd?

Wydaje mi się, że w życiu, abstrahując od przekonań religijnych i tego typu historii, chodzi o codzienne stawanie się najlepszą wersją siebie. Nie pogoń za wzorcami, nie naśladowanie, nie czczenie, nie porównywanie się, nie wciskanie się w czyjeś za ciasne buty, tylko poznanie siebie, swoich potrzeb, upodobań i zrobienie wszystkiego, żeby wykrzesać z siebie jak najwięcej, wykorzystać swój potencjał na maksa. 

I tutaj mówię o różnych dziedzinach życia. 

Weźmy ciało. Niska osoba modelką na wybiegu nie będzie. I co z tego. To wcale nie znaczy, że ma być zaniedbana i żreć bez opamiętania. Za Kingiem powiem, że jeśli nie możesz latać, biegnij; jeśli nie możesz biec, idź; jeśli nie możesz iść, czołgaj się. Ale rób coś, co pcha Cię do przodu! Na miarę własnych możliwości. Zawsze wyrabiaj 100 procent swojej indywidualnej normy i nie oglądaj się na nikogo. Nie patrz na to, że sąsiad ma większe możliwości. W ogóle Cię to nie powinno interesować. Nikt przecież nie mówi, że facet na wózku ma siedzieć i wyrzucać sobie, że nie może chodzić. Nie. Chodzi znów o świadomość swojego potencjału i ograniczeń i wyciskanie z siebie tyle, ile się da. Codziennie.

Weźmy strefę ducha. Jedni mają łatwiejszą sytuację życiową, inni trudniejszą. Często łatwo jest sobie powiedzieć — innym to łatwiej jest być szczęśliwym. Innym to łatwiej jest pracować nad sobą, bo mają wsparcie od X. A temu to łatwiej jest pracować nad ciałem, bo ma dobre geny. Tymczasem nie ma chyba gorszej rzeczy, którą moglibyśmy sobie wmawiać. Bo to, jak mają inni jest NIEWAŻNE. Nie można patrzeć na innych i im zazdrościć, albo w drugą stronę — użalać się nad kimś, litować. Każdy ma inne warunki, określone przez miliard czynników, o których nie mamy nawet pojęcia. Głupotą jest więc w ogóle o tym myśleć. Żyjmy tak, jakbyśmy byli sami na tym świecie. Jakby to od nas wszystko zależało. Od naszych starań wkładanych w pracę nad sobą. Codziennie. Odsyłam do mojego artykułu o tym, że wszystko płynie. Niczego nie da się wypracować na zapas. Codziennie rano jest reset. Wstajemy i znów dajemy z siebie wszystko. Czyż to nie jest najbardziej wkurwiająca i jednocześnie najpiękniejsza rzecz na świecie? 

Jest mnóstwo historii typu: ktoś wszedł na Mount Everest mimo niepełnosprawności, ktoś inny mimo niepełnosprawności wiedzie szczęśliwe, przepełnione miłością życie, rozwija swoje pasje i zwycięża nad swoimi ograniczeniami dzień po dniu. To są zawsze piękne historie i bardzo mnie poruszają. Często ci ludzie mówią, że odkryli szczęście dopiero w momencie utraty czegoś tak istotnego jak nogi, albo czucie całego ciała. Dopiero wtedy zaczęli doceniać życie, wyobrażacie sobie? Dopiero wtedy zaczęli żyć na 100 procent swoich bardzo ograniczonych możliwości. Dopiero wtedy zaczęli tak naprawdę pragnąć życia. Dopiero kiedy stracili praktycznie wszystko. Może to dlatego, że nie mają już nic do stracenia… może. A co Ty masz do stracenia?

P. S. Znam kilka bardzo inspirujących historii osób, które mimo przeciwności codziennie rano wstają i ciężko harują na to, żeby stać się najlepszą wersją samych siebie, mimo ograniczeń. Jak chcecie to Wam opowiem, dajcie znać :)