gdzie jestem, kiedy mnie nie ma

Miało być tak pięknie, tekst co dwa dni, praca z domu, super ogarnięcie i organizacja. Wiosna, ptaki, słońce nad horyzontem do 21, ciepłe letnie deszcze, czyste okna, plany, sesje, wydziwianki.

 

A ja się zatkałam. 

Twórcze zatwardzenie.

Czarna chmura nad głową.

Zły okres mam.

KAVO przytłacza coraz to nowymi wyzwaniami. Nie jest łatwo. Czasem jest trudno piekielnie.

W kwestii bloga, ten przymus bycia wszędzie w internecie, ta konkurencyjność fatalna, totalna. Przytłacza. Nie wystarczy pisać na blogu dobre teksty, choć i tego ostatnio jakoś nie mogę. Trzeba jeszcze ogarnąć instagram, facebooka, idealnie by było jeszcze twitować snapczatować, czyli żyć w białym prostokątnym małym pudełku z jabłkiem na wieczku bez przerwy. Gadać do Was.

A ja nie wiem o czym i wątpię, by ktokolwiek chciał mnie słuchać.

Czy z tym snapchatem i instagramem to chodzi o dostarczanie rozrywki? Czy o budowanie relacji? A może po prostu o sprzedawanie?

Chyba nic w tym złego, ale jest tego dziś tyle, że można pół życia (a nawet całe jak by się postarać) spędzić na obserwowaniu życia innych. Różnymi kanałami, które wciąż się tworzą i kradną Cię z Twojej rzeczywistości.

Znikasz.

Gdzieś na głowie to stoi, czasem myślę. Reality show z udziałem zwykłych-niezwykłych ludzi się robi, bo ludzie ludzi lubią tak bardzo podglądać. 

Znikają. Zamiast żyć. 

Ale może to tylko ja. I tylko moje myśli, które płyną z frustracji, że mi tak słabo to całe socialmediowanie idzie.

 

Czuję wypalenie.

Ten etat jakby mnie wyzuł z wszystkiego, co twórcze.

Kwestionuję każde swoje zajęcie. Słowo. Projekt. Zdjęcie. 

Wrzucaćniewrzucać.

Wrzucać. Nie, nie wrzucać.

 

Gdzie zmierzam nie wiem.

Jestem taka jakaś ostatnio w ścianę wpatrzona. Znumbiała.

Mam alergię na słowa bez wagi, te lekkie jak piórka, mało znaczące.

 

Może to siedzenie i pracowanie w domu źle na mózg robi.

 

Wiem, że mam coś do przekazania, ale to wcale nie chce wyjść.

Tak jakby coś

było nie tak.

Rozproszona się czuję, w milionach kawałków dryfująca w powietrzu.

I pytam często siebie samą: kim Ty jesteś, młoda damo, żeby cokolwiek w tym całym INTERNECIE prawić.

Wyprawiać.

Bożeniedaj doradzać.

Nikim, odpowiadam.

 

Odpowiedzialność ciąży na barkach. I za produkt. I za treść. I za słowo.

Każde.

Nie godzę się na przymus, nie godzę się na presję, która mieszka w mojej głowie. Nie godzę się, bo nie mogę robić byle czego tutaj, w tym miejscu. Nie potrafię. I ponoszę konsekwencje swojej niemocy. 

Czasem umieram sobie powolutku, a czasem odżywam, jak kwiatek podlewany od święta.

To są wszystko te głębokie wody, w których, jak mówiłam, się zanurzam. Te odwrócone VATy i różnice kursowe. Dużo decyzji na raz. Witamy w dorosłości. Nie ma szefa, jestem szefem, biorę odpowiedzialność. Jestem sterem i majtkiem na własnym okręcie. Nie wiem, czy dobrze steruję, nie wiem, gdzie płyniemy i czy dopłyniemy. Często bujają nami sztormy. Wielkie wichury. 

Ale płyniemy. 


Taki jest stan na dzisiaj, albo raczej na wczoraj, bo dziś mi lepiej. Zrobiłam sesję zdjęciową mojej pilatesowej trenerce, Kasi, o której Wam niedawno opowiadałam i będziemy robić wywiad o świadomym ruchu. Bardzo się cieszę, bo to jest temat-perła. Poza tym zdjęcia wyszły fajnie (na insta @kasiawojniak i @trening_na_bosaka coś już z Kasią wrzucamy) i odżyłam. 

Także jestem, żyję, szukam ujścia.

I tych, którzy tu jeszcze, mimo mojej niemocy, zaglądają, wirtualnie ściskam wzdłuż i wszerz.