ile ważą Twoje mięśnie? - kilka słów o świadomym ruchu

Chciałam wrócić do tematu ciała na blogu. To, obok strefy ducha, jedna z najważniejszych stref, o których chciałam tutaj pisać.

Ciało jest ważne. Kontakt z nim jest ważny. Czucie ciała jest ważne. To, co w ciele, przekłada się na to, co głębiej. To działa w dwie strony. Napięcia z "głębiej" przekładają się na cielesne przykurcze.

Rok temu ciało zeszło w moim życiu na dalszy plan. Moim priorytetem stało się KAVO. Oprócz tego etat i każda wolna chwila spędzana na wymyślaniu wzorów, fotografowaniu i ... odsypianiu.

Rok temu zaczęłam mówić o nawyku ruchu, który prawie udało mi się wyrobić. Pamiętam, że wtedy po dwóch, czy trzech miesiącach stukłam sobie palec u ręki i na kilka tygodni przestałam ćwiczyć. Taki mały ekskjuz. Potem byłam już tak wybita, że nie wróciłam do ćwiczeń. I zamknęłam się o tym na blogu, z poczuciem wstydu i zażenowania. To był czas, kiedy rodziło się KAVO, które szybko wypełniło mnie całą. Ciało zeszło na dalszy plan. I teraz, z perspektywy sztywnego, pobolewającego kręgosłupa, miękkich jak galaretka nóżek i oponki wokół brzucha wiem, że nie powinno. Pewnie mogłam wtedy wyjść z siebie i wciąż się ruszać codziennie chociaż po pół godziny. Ale nie wyszłam. To znaczy wychodziłam z siebie codziennie. Ale szłam gdzieś indziej, nie na matę.

Moje ciało przez ten cały czas zdążyło lekko zgalarecieć, sflaczeć i zwiotczeć. Pisałam kiedyś tutaj na blogu o tym, że życie to nieustanna praca. Nie da się poćwiczyć na zapas, tak samo jak nie da się posprzątać na zapas. Albo najeść. 

Sport powinien być jak mycie zębów, jak zwyczajna profilaktyka zdrowia. Więcej, dobry sport jest jak dobre mycie zębów. Sztywna szczoteczka i sposób w jaki nią poruszasz ma ogromny wpływ na stan Twoich dziąseł. Dokładnie tak samo jak dobór i sposób wykonywania ćwiczeń mają wpływ na zdrowie Twojego ciała.

Jeśli tak jak ja, zaniedbałyście swoje ciała, czytajcie dalej, bo to, co powiem jest ważne dla każdego, kto pragnie wstać z kanapy.

Byłam kiedyś tenisistką. Nie zawodową, ale też nie amatorem. Trenowałam często i intensywnie, kilka razy w tygodniu. Grywałam w zawodach wojewódzkich, czego notabene nienawidziłam, bo bardzo źle znoszę rywalizację. Ale do rzeczy.

Tenis rozwalił mi kolano. Diagnoza lekarza brzmiała - przestań grać, nie biegaj, możesz trochę popływać. Nie grałam więc już i nie biegałam. Trochę popływałam. Potem miałam ruchowy przestój, związany jeszcze z innymi problemami. Po kilku latach tego obrzydliwego kanapowego lenistwa, postanowiłam, że zacznę biegać. Mieszkałam na warszawskich Kabatach, w pobliżu był cudowny las, była wiosna, było pięknie. Pierwsze dwa razy. Za trzecim razem kolano dało o sobie znać. Przypomniałam sobie zalecenia lekarza sprzed kilku lat. I jego bezradne słowa: żadnego tenisa, żadnego biegania. Nie miałam pomysłu, co zamiast. Znowu postanowiłam darować sobie aktywność. Minął kolejny rok. Chciałam coś ze sobą zrobić. W ręce wpadła mi Chodakowska. Zrobiłam Killera i następnego dnia nie mogłam chodzić. I nie, to nie były zakwasy. Obudziłam sie z kolanem pełnym pulsującego bólu, którego wcześniej nie znałam. To już nie był zwykły dyskomfort, lekki ból podczas ruchu, tylko ciągły mocny ból, który uniemożliwiał chodzenie.

Po wielu konsultacjach, rezonansach i innych przyjemnościach, dowiedziałam się, że mam pękniętą rzepkę i nic się z tym nie da zrobić. Nic - poza jedną rzeczą.

Rehabilitacja. Nauczka o wadze mięśni.

Wiecie na czym polega rehabilitacja i wiecie jaki cudowny sekret w niej tkwi? Ja nie wiedziałam.

Zadaniem mojej rehabilitacji było wzmocnienie mięśni wokół stawu. Tylko i aż. Nie wiem, czy odkrywam przed Wami Amerykę, ale wtedy dla mnie to było jak objawienie.

Miałam tak słabe mięśnie nóg (mimo że nigdy nie byłam typem chudej (ani grubej) niewysportowanej dziewczyny i całe życie coś ćwiczyłam, jeździłam na nartach, pływałam i ogólnie byłam sportowo sprawna), że moje biedne kolana brały na siebie cały nacisk, ciężar każdej przebieżki, każdego skoku, wyskoku, wypadu, pajacyka, kroku. Staw był zdestabilizowany, to znaczy nie było wokół niego mięśni, które trzymałyby go w odpowiedniej pozycji i odciążały podczas ruchu. 

Po 6 tygodniach rehabilitacji miałam widoczne mięśnie na nogach. Z przodu, z tyłu. Były piękne. Mogłam już chodzić. Czułam, jak moje mięśnie przejęły odpowiedzialność i ciężar kolan. Chodziłam mięśniami, nie stawami. Czułam się cudownie.

Myślę, że to dlatego czasem się słyszy o kolanach rozwalonych po Chodakowskiej. Jeśli nie masz mięśni, nie zabieraj się od razu za bieganie, skakanie i wypady. Zrób coś statycznego. Ustabilizuj stawy mięśniami, żeby uniknąć kontuzji. I skup się na ruchowej świadomości.

Jak? 

Po pierwsze znajdź nauczyciela. Nie zaczynaj od ćwiczeń w domu, bo nie będzie obok Ciebie nikogo, kto mógłby skorygować Twoją postawę, a, wierz mi, Twoja postawa podczas ćwiczeń, czy to jogi, czy pilatesu, czy CZEGOKOLWIEK, jest niezmiernie ważna. Musisz wyrobić sobie dobre nawyki ruchowe.

Po drugie, wybierz ćwiczenia statyczne. Idealny może okazać się pilates, który budzi do życia mięśnie głębokie, skupia się na tzw. "core", czyli na mięśniach centrum, mięśniach tułowia, które, silne i wyćwiczone, będą stabilizować cię przy wszystkich ćwiczeniach i w ogóle - w życiu. Jeśli nie pilates, to może siłownia z mądrym trenerem? Trochę statycznych ćwiczeń na dane partie mięśni sprawi, że Twoje stawy zaczną inaczej działać i będziesz mogła przejść do bardziej "wyskokowych" sportów. 

Pamiętaj o jednym - na drodze zgłębiania tematu ruchu, a już tym bardziej, jeśli będziesz chciała zgłębić go do cna, usłyszysz miliard sprzecznych opinii. Zawsze, w każdej kwestii, staram się dobić do dna i zapukać od spodu, dowiedzieć się wszystkiego, przeczytać skrajne opinie, rozmawiać z ekspertami. I od kilku fizjoterapeutów słyszałam, że joga źle (!) działa na ciało i może prowadzić do poważnych kontuzji. Od joginów-fizjoterapeutów z kolei słyszałam, że joga jest cudowną terapią dla ciała i duszy. Dużo czytałam. Jogą zachwycam się od dawna do dziś i planuję rozwój w jej zakresie.

Ale powoli. Świadomie. Z czuciem. Nie daję się porwać ideologii, podchodzę do tego z dystansem.

Bo z tych wszystkich moich dociekań wypływa tylko jeden wniosek. Wczuj się w ciało, słuchaj, co mówi, poczuj, co chce Ci przekazać. Będzie trudno, bo my tutaj dzisiaj mamy w większości bardzo słaby kontakt z ciałem. Zacznij od początku. Nie decyduj się na pozycje i ćwiczenia, na które nie jesteś gotowa i w których czujesz dyskomfort. Powoli.

Znajdź mądrego nauczyciela/trenera. Przyda Ci się na początku drogi. 

Na własnym przykładzie wytłumaczę Wam, o co mi chodzi z tym trenerem. Mam lordozę, to znaczy mój kręgosłup w odcinku lędźwiowym jest mocno wysunięty w przód. Mgliście o tym zawsze wiedziałam, ale nie przywiązywałam do tego wagi podczas samodzielnych ćwiczeń. Ostatnio na pilatesie instruktorka mnie skorygowała i kazała mocno skupiać się na odpowiednim ustawieniu miednicy tak, by nie pogłębiać lordozy, a uczyć się prawidłowego neutralnego ustawienia kręgosłupa. Tak samo jest z przeprostami w łokciach i kolanach, z których możemy sobie nawet nie zdawać sprawy i w ogóle z ułożeniem ciała w każdej pozycji. Dlatego jestem wielką zwolenniczką treningów pod czyimś okiem, czy to joga, czy siłownia, czy pilates, przynajmniej przez pierwszych kilka miesięcy, w których możemy wyrobić sobie dobre wzorce ruchowe. Youtube przeładowany filmami instruktażowymi to super sprawa. Szerzy różne formy ruchu, inspiruje, motywuje i sprawia, że każdy, bez względu na zasobność portfela i miejsca zamieszkania, może ćwiczyć. Mimo to uważam, że początki to początki i nic nie zastąpi korekty doświadczonego trenera, który z boku patrzy na nasz sposób wykonania ćwiczenia.  A nieświadome powtarzanie złych wzorców ruchowych może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Ja postanowiłam najpierw skupić się na pogłębianiu świadomości własnego ciała i kształtowaniu dobrych wzorców ruchowych pod okiem trenera. Zaczynam od środka, od statycznego ruchu. Ćwiczę pilates i jogę. W którymś momencie przerzucę się pewnie na ćwiczenie w domu, ale na to musi przyjść czas.

Dajcie mi znać, jak Wasze ciała? Ruszacie nimi, czujecie, co do Was mówią?