Kryterium wolności

Mam jedno proste pytanie. 

Czy Twoje ubranie Cię uwalnia czy więzi? Jak często po przyjściu do domu marzysz o rozebraniu się do naga i włożeniu miękkiego dresu? Czy nie bolą Cię stopy od butów? Czy majtki nie wrzynają Ci się w pośladki? Czy nie uciska Cię w talii sukienka wieczorowa, czy koszula nie ogranicza swobody ruchów?

Czy da się ubierać wszędzie i zawsze w ubrania, które nie krępują?

Mam taką śmiałą teorię, że najpiękniejsza kobieta to kobieta swobodna. Taka, która wybucha głośnym śmiechem, nie myśli o poprawkach w makijażu i ma w sobie dużo luzu i dystansu do siebie. Nie mylić z zaniedbaniem. Taka, której nic nigdzie nie uwiera. Kobiety, które chodzą sztywno (często ledwo) w pięknych wysokich szpilkach, z idealnie zrobionymi paznokciami i robią wrażenie superzadbanych są na pewno atrakcyjne i piękne też, ale na mnie akurat większe wrażenie robiły zawsze te, które w płaskich butach i bez lakieru na paznokciach świecą swobodą ruchu, samoakceptacją i luzem (i, o dziwo, one raczej nigdy nie mają na sobie opinających, krępujących ruchy ubrań). Świecą pewnością siebie, ale taką niekoniecznie usilnie podkreślaną kobiecymi gadżetami. Oczywiście, to wszystko kwestia gustu, ale ja doszłam do wniosku, że nie będę już sobie kupować ubrań (no chyba, że będę zmuszona zawodowo), które skrępują moje ruchy, albo będą sprawiać, że muszę myśleć, jak mi się coś tam układa, poprawiać coś innego, cierpieć w szpilkach (nie żebym do tej pory za często musiała w nich cierpieć :D). Nie czuję się wtedy sobą i nie czuję się wolna. 

Pomyślałam więc o warstwie czucia. Że "czucie się" w danym ubraniu jest ważniejsze, niż samo ubranie (nie mówiąc już o tym, że czucie się we własnym ciele jest ważniejsze niż ciało). I to czucie w ubraniu i w ciele, zmieszane z osobowością, naturalnością, i tymi wszystkimi składnikami piękna, o których już kiedyś mówiłam, tworzy nieziemsko wybuchową mieszankę.

Gdzie jest wolność?

Wolność jest wszędzie i nigdzie. Dla każdego wolność jest gdzieś indziej. Ale warto o niej pomyśleć, jak się myśli o swoim stylu. Ja o tym ostatnio bardzo dużo myślałam. Bo od zawsze temat ubioru jest dla mnie ważny, a latem nie potrafiłam się kompletnie odnaleźć we własnej szafie. Doszłam do wniosku, że nie tylko kryterium funkcjonalności i potrzebności się liczy przy kupowaniu ubrań (przedmiotów z resztą też), ale też kryterium wolności, stopień uwolnienia, kwestia czucia. Bo przecież fajnie by było, gdyby ten Twój minimalizm dał Ci wolność, prawda?

Oczywiście, tyle jest minimalizmów, ile osób, chcących się tym mianem określić, to po pierwsze. Każdy ma swój cel. W każdym wydaniu minimalizm wygląda inaczej, sprowadza się do innych liczb, innych kolorów, innych priorytetów. Tak więc minimalizm w mojej formule może dawać mi wolność, a Tobie ją odbierać, ta kwestia jest szalenie indywidualne. Tobie dawać wolność może 20 kwiecistych sukienek na lato i związany z tym fakt, że nie musisz za często prać, a mi cztery t-shirty noszone naprzemiennie. Żeby wiedzieć, co daje wolność akurat Tobie, musisz to sprawdzić, musisz to zaobserwować. I ja właśnie to robię od wielu miesięcy. Donaszam sobie na spokojnie powoli stare ubrania, patrzę, analizuję, jak w czym się czuję, obserwuję swoje wybory. Nie kupuję za dużo nowych, a jak już kupuję, zdarza mi się próbować rzeczy, po które nie sięgałam nigdy wcześniej. Lyocellowe czarne luźne spodnie są tego przykładem i strzałem w 10. Mogłabym nie zdejmować ich przez całe lato.

Obserwuję więc tak sobie siebie i dochodzę do wniosków.

Że lubię jak jest mi luźno.

Lubię oversize. Proste kroje przy ciele też są super, ale nie ma nic bardziej komfortowego niż lekkie niedopasowanie. Zaczęłam przed każdym zakupem pytać samą siebie, czy mi dana rzecz da poczucie wolności, czy w jakiejś mierze mnie uwięzi. Weselna sukienka tak opięta, że przy każdym kroku podnosi mi się w górę ud i prawie odsłania majtki nie daje mi wolności. Sukienka opięta mniej, ale wciąż na tyle, że nie mogę luźno puścić brzucha na rodzinnym obiedzie też wolności mi nie da. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie takie sukienki kończą w czeluściach szafy, w oczekiwaniu na chudsze czasy, które zawsze “są w natarciu”, które zawsze zdarzą się jużzarazzamoment. Nie lubię jak mnie coś opina i tyle. Tak samo jest z koszulami, ledwo dopinającymi się dżinsami i ... z wszystkim właściwie.

Że mam ogromną słabość do jakości. I do "zadbania, którego nie widać".

Mam słabość do mięsistych swetrów z niegryzącej wełny i koszulek z pima cotton. Mam słabość do niezmechacenia, ładnego wykończenia i do zadbanych szczegółów. Do pięknych cer, minimalnego makijażu i nawilżonej skóry. Do nieoczywistego zadbania, w którym wcale nie chodzi o zawsze pomalowane paznokcie i usta pociągnięte szminką.

Że lubię jednolitość i neutralność. Żadnych wzorów. Żadnych ostrych kolorów.

Tak się czuję najlepiej i mi się to wcale a wcale nie nudzi. Powyrzucałam ostatnie sztuki ubrań w ostrych kolorach. Nie nosiłam, nie noszę i raczej w najbliższym czasie nie będę.

Że mam słabość do funkcjonalnego, przemyślanego designu, który mnie uwalnia.

Jaki to design? Taki, który ułatwia życie i zwalnia z myślenia. Z myślenia o tym na przykład, co zrobić z torebką podczas tańca, albo jak wytrzymać całą noc w rozchwianych, niestabilnych butach. I, uwaga, żeby nie było, że tylko pierniczę trzypotrzy bez pokrycia, mam przykłady! Ale to w następnym tekście na ten temat.

Że nie będę cierpieć w imię mody i urody. Moje piękno ma leżeć w luzie, uśmiechu, dobrym ciele (dobre ciało zdefiniuj sobie sama), a nie gnieść się w warstwach mody i urody.

Mam stopy, które za nic nie chcą przyzwyczaić się do zbyt dużej różnicy wysokości. Może próbowałam za mało wytrwale? Nie wiem. Nie noszę szpilek. Nie potrafię w nich ładnie chodzić, po kilku godzinach moje podbicia przeszywa ból nie do opisania. Szpilki wydobywają ze mnie pokraczną istotę, która desperacko chce wyglądać lepiej i szczuplej. Nie lubię, unikam, szukam alternatyw. Nie maluję paznokci ostatnio wcale i bardzo mi z tym dobrze. Dziwnie to zabrzmi, ale to mnie uwalnia. Nie maluję, bo mi ich szkoda. Brak lakieru sprawia, że są mocniejsze, nie rozdwajają się i nie łamią. Nie maluję, bo nie lubię jak lakier obłazi (odpryskuje?) chociaż odrobinę. A robi to na moich paznokciach bardzo często i bardzo szybko. Uznałam, że brak lakieru w niczym nie ujmuje mojemu zadbaniu, choć jeszcze niedawno lakier na paznokciach był dla mnie Symbolem Zadbanej Kobiety. 

Że mam w dupie trendy. Trendy na hafty, cekiny, brokaty, frędzle, boho kulki przy sandałach i spodnie z wielkimi dziurami na kolanach.

Kompletnie mnie takie rzeczy nie pociągają. Bo każda z nich sprawia, że czuję się jak klaun. Niektóre z nich podobają mi się na innych ludziach, ale jak tylko je zakładam, czuję się jaknieja. 

Że oprócz biżuterii mam ogromną chęć na projektowanie ciuchów. Swetry, koszulki, koszule, spodnie, majtki i staniki.

Bo nie jestem w stanie nigdzie znaleźć tego, czego szukam. Mięsistych dużych ciepłych wełnianych swetrów, które nie są niczym udziwnione. Wielkich grubych kardiganów, w których można się utopić (swoją drogą potrzebuję takiego do sesji KAVO, więc jeśli wiecie, gdzie coś takiego można znaleźć, dajcie koniecznie znać). Gładkich ładnych nie za pełnych i nie za skąpych gaci z trwałego i dobrego dla ciała materiału. Ba, t shirtu nawet szarego nie byłam w stanie znaleźć.

Także beware, beware.


Zarówno rzeczy, jak i ich brak potrafią uwalniać. Uwalnia mnie brak pięćdziesięciu odcieni szminki do ust i mało mebli i jednocześnie uwalnia mnie posiadanie konkretnej dobrej dopasowanej do potrzeb torebki, albo kilku podobnych sukienek, w których czuję się swobodnie. Uwalnia mnie to od myślenia o ubraniu i zostawia mi przestrzeń na inne tematy. Uwalniają mnie buty-nie-szpilki i sukienki, przypominające worki, namioty i parawany. Uwalniały mnie krótkie włosy, bo nie chciałam z nimi musieć cokolwiek robić, aż w końcu postanowiłam pozwolić im rosnąć. I tak sobie rosną, jak chcą, nie prostuję ich, nie kręcę, nic z nimi nie robię, czekam, patrzę. 


Granice wolności i jej natura to fajny kąt, z jakiego można spojrzeć na swoją szafę, ale nie tylko. Na życie też. To kwestia do indywidualnego zaobserwowania. Nie ma drogi na skróty, nie ma rozwiązań na tacy, trzeba wykonać pracę samemu nad sobą. 

Dajcie znać, co Was uwalnia, co więzi i jak postrzegacie kwestię zadbania? 

PS Rodzę ten wpis chyba miesiąc już. Ostatecznie podzieliłam go na dwie części, to jest ta pierwsza. Dajcie znać, czy to robi sens.

PS 2 Coś się kliknęło już dobre pół roku temu. Przestałam pisać. Najpierw był brak czasu, a potem był brak po prostu. Im więcej presji na siebie nakładałam i im więcej poczucia winy miałam, tym większe twórcze zatwardzenie mnie ogarniało. I postanowiłam przestać. Przestałam mówić sobie, że muszę i że powinnam, bo blog umrze, bo odejdziecie, bo trzeba pisać dwa razy w tygodniu minimum. 

W spokoju postanowiłam poczekać na odkliknięcie. Przestałam się ganić za milczenie, wyrzucać sobie Was opuszczenie. Wiem, że jesteście. I czuję z Wami specyficzną wieź. Są promyki miłości, linijki światła i przyjemne ciepełko. Czujecie?

Coś się kliknęło, coś się odkliknie, daję sobie czas. Na razie taplam się w wątpliwościach, zanurzam w jednym tekście za drugim. Daję sobie czas na milczenie. Dojrzewam, zmieniam kolory. Jak jesień. Jak jabłko. Jak ziemia. 

A Wy wciąż tu jesteście. M A G I A.

PS 3. Słucham ostatnio tej cudnej pani. Miłość w uchu. Posłuchajcie ze mną, ta pani też lubi magię.

PS 4 Aktywnieję na instagramie. Wrzucam swoje zdjęcia, zaczęłam nawet storisować (!), tam mię szukajcie!

PS 5 I jeszcze tablicę przygotowałam, która ilustruje to wszystko, o czym tu dziś mówię :)

strefa szafyKasia33 Comments