mamy wybór nawet kiedy go nie mamy

Dzisiaj odniosę się do mojego życia w tej chwili. Krótko zwięźle i na temat.

Kiedyś mama opowiadała mi o takim panu pszczelarzu z jej rodzinnego małego miasteczka, który został wywieziony na Sybir w czasie wojny. I potem po wojnie wrócił i opowiedział jak było. Mama mówiła, że to taki przykład idealnego zachowania człowieka w trudnej sytuacji. Dlaczego? Pan pszczelarz znosił trudy i znoje wojny ze spokojem. Nie buntował się wcale i był pogodny. Nawet tam, daleko w zimnej Rosji. Odnalazł się tam jakoś, zyskał nowe przyjaźnie, nawet się zakochał. Nie dał się wyniszczyć. Psychicznie oczywiście, bo fizycznie to wiadomo.

W życiu trzeba rozróżnić dwa rodzaje sytuacji — te, na które mamy wpływ oraz te, na które wpływu nie mamy. Oczywiście są tacy, którzy twierdzą, że mamy wpływ na wszystko, bo myśl tworzy rzeczywistość i być może na pewnym poziomie świadomości i rozwoju tak jest, ale to nie takie proste. Bo rzeczywistość zbiorową tworzą myśli zbiorowości, itd. itd. Nieważne, temat na inny czas.

Dzisiaj chciałam napisać o tym, że istnieją rzeczy na które nie mamy wpływu. Począwszy od tych najstraszniejszych, jak wojna, czy trzęsienie ziemi, a skończywszy na tych przyziemnych jak okropna pogoda w dzień, w którym planowaliśmy romantyczny piknik za miastem, czy też ktoś, kto pieprzy swoją robotę po raz kolejny, co opóźnia większe przedsięwzięcie. Jedyne na co mamy wpływ w takich sytuacjach to nasza reakcja na te zdarzenia.

Reakcja może być taka jak moja ostatnio: totalne nerwy, wkurw, wściekłość. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać, nie mogłam pisać, niemogłamnic. Jedyne na co miałam ochotę to zakopanie się w kocu i zaśnięcie. Zeszło ze mnie dopiero w piątek, kiedy udało się zrobić to, co planowałam na tydzień wcześniej. Dopiero wtedy odetchnęłam i przez cały weekend byłam już spokojna.

Reakcja może też być inna. Spokój. Stoicki. Skoro nie mam wpływu na coś to jak mogę się denerwować z tego powodu? Skoro nic to nie wnosi do sprawy, to po co mam siebie niszczyć? Skoro nikomu nic złego się nie stanie, jeśli nie pójdę na ten piknik, albo jeśli obsunę powstanie kolekcji o tydzień czy dwa, nie mogąc zupełnie nic zrobić, żeby to przyspieszyć, to po co mam umierać z nerwów?

Strasznie to łatwo mówić, kiedy nerwy rozszarpują Cię od środka. Ja jestem bardzo emocjonalna, a to co robię teraz traktuję jak własne dziecko. Oczywiście bez przesady, myślę, że do dziecka przywiążę się jakieś milion razy bardziej, ale mimo wszystko to co się teraz dzieje to jest mój twór i ja i tylko ja jestem za to odpowiedzialna. To wyzwala stres. Czasem też miłą ekscytację, ale kiedy coś idzie nie tak, to jednak stres i to spory.

I ja wiem, że mam tę lekcję do przepracowania. Lekcję odpuszczania, spokoju. Lekcję stanowczego załatwiania trudnych spraw bez tonięcia w morzu nerwów. Lekcję niepoddawania się presji, odizolowania od negatywnych bodźców, lekcję nienacierania się negatywnymi emocjami, co czasem (a czasem nawet często) robię. Lekcję rozluźnienia i powiedzenia sobie: będzie co będzie; zrobię wszystko co mogę, a reszta niech toczy się własnym biegiem; skoro ktoś coś spieprzył i muszę zacząć ten etap od nowa, to widocznie mam się obsunąć o ten tydzień czy dwa, widocznie TAK MUSI BYĆ.

Powiedzcie mi, jak Wy macie. Potraficie rozróżnić sytuacje, na które macie wpływ i te, na które nie macie? I rzeczywiście poskromić nerwy w sytuacjach, na które nie macie wpływu, ale są dla Was ogromnie ważne?


Czytaj więcej ze strefy ducha: