minimalizm a myślność

Pogoda na zdjęciu sprzyjała przemyśleniom. Było pięknie. Cicho i smutnawo. Byłam wtedy na nartach. Mgliste niskie chmury osadziły się na górskich szczytach i pochłonęły narciarzy. Trzeba był jeździć "na czuja", bo nic nie było widać. Zacinający śnieg szczypał w policzki, mróz odmrażał nosy. Trochę pojeździłam, trochę pomyślałam. Trochę POSPAŁAM. Potem wróciłam i obowiązki znów mnie zgniotły. Jestem coraz bliżej Decyzji, Która Zmieni To, Co Chcę Zmienić i ustawi moje priorytety w odpowiedniej kolejności. Trzymajcie kciuki!

Zaczęłam pisać o funkcji i rozpączkowało mi się to na kilka innych spraw. To naczynia połączone, chciałam Wam to napisać w jednym tekście, ale jednak podzielę. Chyba trochę filozoficznie to wyszło. Sami oceńcie.

Funkcja, funkcjonalność, użyteczność to trzy różne sprawy, a nad ich definicjami zaczęłam zastanawiać się po tym jak natknęłam się na pewien cytat na Zen habits. 

„Omit needless things” – William Strunk Jr., The Elements of Style

Autor słów odnosi się do stylu pisania. Uczono mnie tego na studiach. Pisz tak, żeby każde słowo miało znaczenie, nie lej wody, nie powtarzaj się, wyłuskaj esencję, bądź prosto konkretna. I nie chodzi, jak mówi sam autor cytatu, o traktowanie tematu pobieżnie, o unikanie opisów. Chodzi o to, żeby wszystko było po coś, żeby miało funkcję, rolę, celowość.

To można odnieść do wszystkich życiowych sfer, o czym nie tak dawno temu pisałam.

„Weźmy nasze mieszkanie i oczyścimy je z przedmiotów bez funkcji….” pisałam w najlepsze, z góry zakładając, że funkcja ozdobna równa się bezużyteczności. Tylko dlatego, że sama zredukowałam ozdobniki przestrzeni do minimum. Po czym zapędziłam się w kozi róg, przystanęłam i pomyślałam „ czym, do cholery, są przedmioty bez funkcji, czy nawet przedmioty bezużyteczne i czy w ogóle takie obiektywnie istnieją?” Przecież każdy porcelanowy słoń stojący na półce i każdy wazon, ocieplający dom, i każdy magnes na lodówce, i każdy kwiatek w domu, każde ubranie pełni jakąś funkcję. A czasem nawet kilka. Pełni funkcję, którą nadał mu jego twórca, oraz tą, którą my sami mu możemy nadać. Nie dość, że każdy przedmiot pełni jakąś funkcję, to jeszcze każdy może być tak samo użyteczny, bo ma zdolność do zaspokajania subiektywnych potrzeb.

I wtedy pomyślałam, że może warto przyjrzeć się bliżej definicjom funkcji, funkcjonalności i użyteczności, które to pojęcia wcześniej zlewały mi się w jedno.

Funkcja to zadanie, które ma spełnić dana rzecz. Funkcja jest wartością w pewnym sensie względną. Funkcja nadana przez twórcę rzeczy (ściślej: jej przeznaczenie) często rozmija się z tym, do czego użytkownik używa danej rzeczy, a więc można powiedzieć, że przeznaczenie i funkcja to nie zawsze pojęcia zbieżne jeden do jednego. To jak bronzer w teorii przeznaczony do konturowania twarzy, a jednak ze względu na zbyt ciepły odcień, używany jako cień do powiek, albo kubek w roli doniczki. 

Funkcjonalność z kolei to według Wikipedii „zbiór atrybutów urządzenia, oprogramowania lub systemu, określających zdolność do dostarczenia funkcji, zaspokajających wyznaczone i zakładane potrzeby, podczas używania w określonych warunkach.”

Czyli funkcjonalność to miara, określająca poziom dostarczalności wyznaczonych funkcji. Pozornie sprawa obiektywna, ale czy na pewno? Z jednego kubka pije się łatwiej niż z drugiego (subiektywnie oczywiście).

Funkcjonalność to słowo, którego często używa się mylnie (sama też to robiłam tu na blogu nawet w niedawno opublikowanym tekście o zakupowej pustce) na określenie użyteczności, potrzebności.  Funkcjonalny natomiast to taki, który dobrze spełnia swoje przeznaczenie, czyli funkcję, nadaną przez autora. Czy funkcjonalny jest rzeczony bronzer, który nie nadaje się do wydobywania optycznie z twarzy kości policzkowych ze względu na zbyt ciepły odcień i mieniące się drobinki, a sprawdza się świetnie jako cień do powiek? Jeśli chcemy ściśle trzymać się definicji – nie. 

Może być za to użyteczny. Dochodzimy do trzeciego słowa-wytrychu.

„Użyteczność, czyli zdolność danej rzeczy do zaspokajania potrzeb. Określa subiektywną (!) przyjemność, pożytek lub zadowolenie płynące z konsumowanych (ew. posiadanych) dóbr” (znów Wikipedia). Bronzer, który nie nadaje się do konturowania twarzy, ale świetnie spisuje się na powiekach, może więc być użyteczny.

Zwróćmy tu uwagę na wszechobecny subiektywizm. 

Wracając do frazy "omit needless things", postanowiłam przekształcić ją w "omit things you do not need". Nie chodzi o przedmioty bezużyteczne obiektywnie, ale o te, których TY, KONKRETNIE TY, nie potrzebujesz. Pomyślałam, że niekonkretne rozwlekłe pisanie z ozdobnikami, powtórzeniami i laniem wody też może pełnić jakąś funkcję i zaspokajać czyjeś subiektywne potrzeby. Wszystko więc zaczyna mi się jawić jako kwestia celowości i uświadomienia, nie obiektywnej użyteczności lub bezużyteczności. Rzecz sprowadza się więc do naszych uświadomionych potrzeb i prześwietlania rzeczy wokół pod ich kątem. 

"Make everything you do count. Make everything you have count. Make every word tell."

To z kolei poprowadziło mnie już dawno po pierwsze do idei samoświadomości i samopoznania, a zaraz potem do idei myślności, która wydaje mi się lepszym słowem określającym to, co mam w głowie i to, o czym chcę mówić, niż minimalizm. Ale o tym w kolejnym tekście. 

W momencie życia, w którym teraz jestem porcelanowe słonie i drewniane koty są dla mnie bezużyteczne, niepotrzebne. Przestałam ich używać. Przesiałam przez sito, spadły w niebyt. To znaczy - przestały zaspakajać moje potrzeby, stały się bezużyteczne, a nawet kontrużyteczne, bo zbierają kurz i zagracają przestrzeń. 

To ani dobrze ani źle. Tak po prostu jest. Mam to uświadomione. A Wy? Prześwietliliście przedmioty, ubrania, sprawy wokół siebie, pod kątem użyteczności, czyli subiektywnej oceny "co mi to daje, jaką potrzebę zaspokaja"? Bo o to właśnie chodzi, bardziej niż o bezmyślne pozbywanie się rzeczy. A w kwestii kontrastu przeznaczenie a funkcja jesteście kreatywni? Zdarza Wam się używać "kubka w roli doniczki"?


Czytaj więcej ze strefy ducha:

strefa duchaKasia9 Comments