muszelki w morzu i kwiatki w lesie

Jak byłam mała to uwielbiałam zrywać kwiatki w lesie. Takie polne, wiecie. I wsadzać je do wazonu. Więdły szybko. W mgnieniu oka. Zrywałam też takie suche kwiatki. Na każdym spacerze musiałam zerwać jakiegoś kwiatka. Zbierałam bukiety i obstawiałam nimi dom.

Jeździliśmy też z rodzicami do Chorwacji co roku. I tam, w czasach zaraz po wojnie, dno morza usłane było kolorowymi muszlami po jeżowcach. Widać je było z powierzchni wody, nie trzeba było nurkować. Były różne: fioletowe, zielone, czerwone, wielgachne białe. I to nie tak, że był jeden fiolet i jedna zieleń, nie. Występowały w dziesiątkach odcieni, w różnych wielkościach. Były cudowne. Bo to jest tak, że jak jeżowiec umiera, kolce mu odpadają i zostaje taka piękna muszla. I ona sobie leży na tym dnie i "pachnie". I dzięki temu jest pięknie, tak jak trzeba.

Tata trochę tych muszel ponawyławiał. Stoją u nas do tej pory w wazonach w domu, trochę wyblakłe, ale wciąż piękne.

A potem zmądrzeliśmy. Wszyscy, tak rodzinnie, stwierdziliśmy, że to niedobre było. Bo pewnego kolejnego lata przyjechaliśmy do Chorwacji, a tam na dnie pustki. Nie było ani jednej muszelki, nic. Wszystko dokładnie wybrane. Czasem tylko widać było nurków, którzy wolno płynąc przy dnie, zbierali muszle.

Muszelki można było kupić potem w mieście za kilka kun (chorwacka waluta). Pamiątka taka…

Ale my już byliśmy zmądrzali. I przykro nam było patrzeć, że to dno takie łyse, i że jakby nie patrzeć mamy w tym swój udział. 

Z muszelkami w morzu jest trochę tak, jak z kwiatkami w lesie. Jeszcze gorzej jest z żółwiami w zoo, albo akwariach domowych. Nie mówiąc już o tygrysach i innych zebrach. 

Tak sobie ten człowiek rozumny wymyślił, że jest panem świata i wszystko może poprzestawiać jak mu się podoba. Chce muszelkę, bierze. Chce kwiatka, bierze. Co z tego, że zabiera kwiatka z jego naturalnego środowiska i wstawia go tam, gdzie ten umiera szybko. I nie mówię tutaj o uprawach kwiatów, które po to są uprawiane, żeby potem zdobiły przez krótką chwilę dom. Nie jest to dla mnie jakiś wielki problem. Sama lubię takie kwiaty.

Ja mówię o lesie i o tym jaki jest piękny z tymi wszystkimi kwiatkami w mchu. I mówię o morzu i o tym jakie te muszelki są w nim piękne i jak bardzo mniej piękne stają się w szklanym naczyniu, w domu.

Ale człowiek chce pamiątkę. On chce natury w mieście. Takiej sztucznej, umarłej. Nie pojedzie pocieszyć się naturą w lesie, w morzu. Tak naprawdę się pocieszyć, posłuchać szumu morza i śpiewu ptaków. On pojedzie, włączy sobie radio, zerwie kilka kwiatków, zdepcze kilka mrówek, wyłowi trzy muszelki i pojedzie. Do miasta.

 I takie to przykre. 

Jak już chcemy mieć domy w kwiatach, kupmy kwiaty specjalnie do tych celów uprawiane. A znad morza przywieźmy kilka kamyków, jak już musimy coś wziąć. Zostawmy te muszle i te polne kwiatki w spokoju, dajmy im kwitnąć w naturalnym środowisku. I cieszmy się nimi jak tam jesteśmy. Widźmy, a nie tylko patrzmy. Słyszmy. Doświadczmy tej natury i przestańmy zawalać się "pamiątkami". A co myślę o zoo to powiem w innym tekście, bo to już w ogóle jest rozbój w biały dzień.

Zgadzacie się ze mną w kwestii muszelek i leśnych kwiatków? Dajcie znać.


Czytaj więcej ze strefy ducha: