minimalizm przez duże M

Iga jest minimalistką. Przez duże M. Jest myślna. Dobrze wie, czego potrzebuje i dobrze wie, co jest jej zbędne. Ma priorytety. Nie marnuje swojego czasu na czynności, które nic nie wnoszą w jej życie, ani na znajomych, którzy wysysają z niej życie. Potrafi odmawiać (o, tak). Odpowiednio ceni swój czas i pracę. Nie daje się wykorzystywać. Potrafi walczyć o SIEBIE. Wie, co lubi. Ma świadomość swojego ciała. Akceptuje je, a nawet kocha. Opanowała szafę i dom. Posiada tylko rzeczy, które nosi, żadnych wydziwianek, zna swój styl, jest świadoma swoich kolorów i kształtów. Kupuje świadomie, wspiera etyczne produkty. Zużywa rzeczy. Niezużyte oddaje potrzebującym. Pracuje tam, gdzie chce i życie zawodowe przynosi jej satysfakcję. W końcu robi to, co lubi. Partnera nie przywłaszcza, nie uzależnia się od niego, mają fajną, dojrzałą relację. Przestała spełniać oczekiwania innych, bo dobrze zna już swoje, wobec siebie i życia. Lubi życie. Ba, nauczyła się nawet zanurzać i nigdzie już nie pędzi. To znaczy pędzi, ale tylko wtedy, kiedy świadomie chce. A więc nauczyła się badać źródła swoich pragnień. Jest piękna wewnątrz.

Ś W I E C I


Tak, ja też się rozmarzyłam. I tak, to jest moja definicja minimalizmu. I tak, minimalizm to jest TO, to COŚ, coś cudownego, dobrego, doskonałego. To stan ducha, kierunek myślenia, myślność, klucz do wszystkich drzwi.

Ale wiem też, że to nie ja. Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie w pełni, nie do końca. I może nigdy nie. I to jest całkiem OK. Faza minimalizmu musi być poprzedzona fazą doświadczania. Świadomego doświadczania, ukierunkowanego na samopoznanie. Dlaczego musi? Dlatego, że minimalizm nie ma być wyrzeczeniem, odmawianiem sobie rzeczy, których wewnątrz chcesz, ale uwolnieniem od nich. Żeby czegoś nie chcieć i coś odrzucić, musisz najpierw zobaczyć, jakie to jest, dotknąć, polizać. Mogłabym powiedzieć, że chodzi o kontrast młodość vs. dojrzałość, ale to chyba za duże uproszczenie. Bo to doświadczenie musi przeniknąć wszystkie aspekty Twojego życia, żebyś w końcu wiedziała, czego chcesz. I ono przenika te aspekty, przez całe życie. Ba, doświadczanie i jego wyniki mogą się zmieniać wraz z tym, jak zmieniasz się Ty. Więc właściwie minimalizm jest ścieżką, drogą, nie celem, a sztuką samorefleksji.

Nie możesz wiedzieć, czy wolisz workowate spodnie, czy ciasne, dopóki nie pochodzisz przez chwilę w jednych i drugich. Zwykle też jest tak, że z jakiejś tam puli prac, które mogłabyś i myślisz, że chciałabyś wykonywać, większość, po ich doświadczeniu, okazuje się nie do zniesienia. Ja na przykład chciałam być tłumaczem, dopóki nie posmakowałam tego zawodu.

Ups.

Jednym jedynym sposobem na to, żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę w Tobie jest, jest dotykanie wszystkiego w okół. A potem obserwacja. Uczuć, emocji, pragnień.

Sama wciąż czuję, że mało wiem. W niektórzy dziedzinach życia wiem już sporo o sobie i swoich upodobaniach, a w innych jestem jak we mgle. I jeszcze ta moja cholerna skłonność do zamykania się w pudełku obitym od środka miękkimi puchowymi poduszkami, niewyściubiania nosa. Ja przecież zwykle wręcz muszę zmuszać się do doświadczania.

Dlatego teraz od ograniczania i prioretyzowania rzeczy i spraw wokół mnie, ważniejsze jest dla mnie dryfowanie między nimi i uczenie się o sobie. Macanie różnych rzeczy, zanurzanie w nich palców, twarzy, całego ciała. Smakowanie, trawienie, wąchanie. Myślenie o nich. Oglądanie z każdej strony. Parzenie się gorącem i umieranie z zimna. 

Ż Y C I E


strefa duchaKasia9 Comments