Nie szukaj drugiej połowy jabłka

Związki to piękna sprawa. Nie tylko partnerskie, chociaż to właśnie one dają nam największe pole do popisu. Pole do wglądu w samego siebie, do pracy nad sobą. Stwarzają sposobność do wzrostu duchowego. Są piękne i trudne. To jedno z największych życiowych wyzwań, myślę.

Mam kilka pytań, które posłużą mi za wstęp do rozważań. 

Czy Twoja miłość do partnera jest bezwarunkowa?

Czy traktujesz swojego partnera jak towarzysza podróży, czy jak swoją własność, która ma spełniać Twoje oczekiwania i potrzeby?

Czy Twoja relacja przypomina bardziej spotkanie dwóch wolnych jednostek, które codziennie na nowo wybierają, że są razem, czy uzależnienie od siebie?

Mam takie poczucie, że uczuciowym celem życia nie powinno być znalezienie drugiej wymiętej połowy zielonej papierówki, tylko bycie pełnym błyszczącym zdrowym championem.

Jak się spotkają takie dwa jędrne jabłka, które siebie NIE POTRZEBUJĄ do szczęścia i “dopełnienia”, tylko po prostu chcą turlać się razem przez sad, bo im dobrze ze sobą, to to jest zdrowa miłość. Miłość, która nie ubezwłasnowalnia, nie stawia warunków, a jest dojrzałym partnerstwem dwojga ludzi.

Kluczem do takiej miłości jest miłość do samego siebie. I akceptacja. Jak bowiem możesz obdarować drugą osobę miłością, skoro brak Ci jej w sobie? Jeśli Ci jej brak, w relacji z drugą osobą będziesz jak wygłodniały pasożyt, będziesz brać, bo nie masz czego dać. A jak już coś dasz, będziesz od razu oczekiwać czegoś w zamian. Miłość do siebie samego jest więc niezbędna, żeby prawdziwie kochać innych. Nie potrzebować ich, a kochać, bo to jest różnica.

W praktyce często jest tak, że się uzależniamy. Uzależniamy swoje poczucie szczęścia od drugiej osoby, nie kochamy siebie i sobie samym nie wystarczamy. Zrzucamy na partnera odpowiedzialność za własne szczęście, żądamy od niego uzupełnienia własnych braków. Jak nas opuści, płaczemy i tupiemy z żalu. Jesteśmy jak rozkapryszone dzieci, które w zamian za miłość oczekują miłości, przywiązania i badźtudośmierci na każde moje wezwanie, bo inaczej będę nieszczęśliwa. Używamy się nawzajem do spełniania potrzeb. Albo ofiarnie dajemy się krzywdzić i się nie szanujemy, albo stawiamy warunki i wymagamy, żeby druga strona się do nas dostosowała.

Tak sobie myślę, że w życiu naprawdę warto skupić się na budowaniu siebie od środka, żeby móc z samym sobą być szczęśliwym. A potem dać partnerowi jak najwięcej, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. I żeby mieć siłę na odejście, jeśli poczujemy się krzywdzeni. Żeby mieć w sobie świadomość, że partner zawsze może umrzeć/odejść. Rodzimy się i umieramy całkiem sami, powinniśmy zawsze o tym pamiętać i dbać o relację z samym sobą, o samopoznanie, łagodność wobec siebie, o miłość do siebie. 

Słyszeliście opowieść o magicznej kuchni?

Wyobraźcie sobie kuchnię. Kuchnię Obfitości. Masz tam wszystko, czego zapragniesz. Czujesz się tam jak w spiżarni Masterchefa, gdzie nigdy niczego nie brakuje i nic nigdy się nie psuje. Słowem – żyć nie umierać.

W tej kuchni karmisz siebie i swoich bliskich i dalszych.

I wyobraź sobie, że przychodzi do Ciebie ktoś z ofertą nie do odrzucenia. Proponuje Ci pizzę w zamian za to, że spełnisz kilka warunków i pozwolisz mu kontrolować swoje życie.

Co robisz? Uśmiechasz się ciepło w duchu i grzecznie odmawiasz. Proponujesz przybyszowi posiłek. Nie potrzebujesz nic w zamian, masz przecież tyle jedzenia w Magicznej Kuchni.

A teraz wyobraź sobie, że od tygodnia chodzisz głodny. Nie masz pieniędzy na jedzenie. Kiedy przychodzi do Ciebie ktoś, oferując pizzę, godzisz się od razu. Akceptujesz wszystkie warunki. Zmieniasz się dla tej osoby za kawałek pizzy dziennie. Jesteś tak głodny, że wszystko ci jedno.

Ta kuchnia to Twoje serce, które albo ma miłość w sobie i rozdaje ją wszystkim wokół, albo wygłodniale i uparcie szuka miłości na zewnątrz.

Opowieść pochodzi z książki The Mastery of Love Don Miguela Ruiza.

Dajcie znać co myślicie o bezwarunkowej miłości do innych i o kochaniu samego siebie.

PS Życie to spotkania. Każdy, kogo spotykamy jest naszym nauczycielem. I uczniem. Niektórzy, wychowani przez złamanych rodziców, lub złamani przez trudne życiowe okoliczności nie potrafią kochać ani siebie, ani nikogo innego. I zdarza się, że na ich drodze pojawia się ktoś, kto z niewiadomego powodu ich kocha i “leczy” swoją miłością, pomaga pokochać siebie. Znam takie przypadki z najbliższego otoczenia. Nic nie jest czarne, nic nie jest białe, we wszystkim zaklęta jest cała tęcza.


Czytaj więcej ze strefy ducha:


strefa duchaKasia11 Comments