Odkryj w sobie coś unikalnego, albo stwórz się na nowo

To będzie długi tekst. Mogłabym zrobić z niego trzy oddzielne, ale jakoś tak mi się wszystko wylało na raz. Tekst powstawał długo, bo nie mogłam go złożyć do kupy. Mam nadzieję, że dobrniecie do pointy. I tak w ogóle to sobie pomyślałam, że nie będę narzucać sobie harmonogramu jednak. Żeby nie skończyć z co drugim postem-zapychaczem. Jakość przede wszystkim. Jak najczęściej, owszem, ale jak najlepiej też.

Odkrywanie

Są ludzie, którzy dobrze wiedzą, co chcą robić w życiu. Są ludzie z powołaniem tak wielkim, że nic nie jest w stanie go zachwiać. Tacy ludzie najczęściej wybierają takie konkretne zawody, jak lekarz, naukowiec, fizyk, programista, prawnik.

Niestety są też tacy, którzy zupełnie nie wiedzą, czego chcą. Nie wiedzą przed studiami, nie wiedzą na studiach, nie wiedzą po studiach. Dokonują przypadkowych wyborów, płyną z prądem życia, poddają się biegowi zdarzeń. Czasem akurat trafiają na coś co, jak się później okazuje, ich spełnia i jest super, a czasem koło czterdziestki, z w miarę już odchowanym potomstwem, budzą się nagle z ręką w nocniku. Bo się okazuje, że gdzieś tam w którymś momencie zabili płomyczek, który się tlił w środku i poszli tam, gdzie ich poniósł los zamiast tam, dokąd ciągnęło serce.

Poza tym czyż jest coś gorszego niż lekarz albo nauczyciel bez powołania, który podjął tę decyzję ze względu na rodzinę/pieniądze/z braku laku/z przypadku? Szczególnie w pracy z ludźmi brak powołania jest rażąco widoczny i mocno przeszkadza. Myślę, że wiecie o jakich nauczycielach i lekarzach mówię. Ale nie tylko praca z ludźmi obnaża powołanie lub jego brak. Są przecież ekonomiści i finansiści, w których płonie twórczy żar, gdzieś po drodze przygaszony; są prawnicy, którzy nie czują tego, co robią, ale robią, bo to takie prestiżowe i dobrze płatne.  I zawsze wywołuje to we mnie smutek, kiedy widzę młodych ludzi znużonych swoją pracą, sfrustrowanych, pracujących tylko dla pieniędzy, w weekendy wydających je na wódkę i imprezy. A z kolei nie mogę się nigdy napatrzeć na ludzi z powołaniem. Na tych, którzy w swojej pracy się kochają, spełniają i widać, że im dobrze. Bo rodzina rodziną, ale człowiek musi się też (moim zdaniem oczywiście) spełnić sam jako jednostka. Tak mi się przynajmniej wydaję. 

Moją wersją YOLO i „do what you love” (których to stwierdzeń bardzo nie lubię, bo są dość oklepanymi gimbazowymi truizmami) jest: odkryj swoją wyjątkową zdolność i użyj jej tak, aby dać światu jak najwięcej wartości. Bo najwięcej samospełnienia, przynajmniej moim zdaniem, przynosi dawanie innym ludziom jakiejś wymiernej wartości. I ta wartość to nie tylko akcje charytatywne, albo bycie lekarzem lub nauczycielem. Sprzedawca warzyw na straganie też daje wartość, sprzątaczka daje wartość, projektant ubrań daje wartość. Jeśli ta wartość połączy Ci się z Twoimi zdolnościami – jesteś w domu. Jeśli potrafisz swoją unikalną zdolność w środku przekuć na prawdziwą wartość dla świata – jesteś w domu. I jesteś bogata Przede wszystkim mentalnie, w sobie, w środku. Ale z odpowiednim podejściem też materialnie.

Jeśli się robi to, co się kocha tylko po to, żeby robić tego jeszcze więcej, bez żadnego końcowego celu (np. całe życie się tylko podróżuje), albo tylko po to żeby się wzbogacić, to bardzo możliwe, że prędzej czy później odczuje się tego bezsens. Jeśli ja przez całe życie robiłabym tylko to, co kocham robić, zarabiałabym na tym dużo pieniędzy, ale nie wnosiłoby to żadnej wartości w życie ludzi dookoła mnie, na pewno nie czułabym spełnienia i popadłabym we frustrację. Wiem to. Aby czuć spełnienie życiowe muszę wiedzieć, że moje działania komuś coś dają. 

Tak więc, pierwszym krokiem jest odkrycie swojej unikalnej zdolności. Jeśli macie jeszcze czas (początek studiów, studia, koniec studiów), eksperymentujcie dużo i dużo próbujcie. Szukajcie siebie i szukajcie tego, w czym Wam najlepiej. Szukajcie czegoś, co lubicie i w czym się sprawdzacie. Czasem, zamiast iść na imprezę, warto usiąść i pomyśleć o sobie, tak głębiej.

Jeśli ważne jest dla Was dawanie wartości (bo wcale nie musi być; ja mówię o tym, co dla mnie jest ważne i co jest moim odkryciem, a mianowicie, że życie polega na wymienianiu wartości), drugim krokiem jest połączenie Waszej unikalnej zdolności z dawaniem wartości. Spróbujcie znaleźć coś, co daje wartość innym i co wy jednocześnie lubicie robić. Ja przez długi czas byłam zachowawcza. Nie eksperymentowałam, trwałam w raz podjętej decyzji dotyczącej kierunku studiów, nic nie potrafiłam zmienić, bałam się. Bądźcie mądrzejsi. Nie mówię od razu o rzucaniu studiów, czy też pracy, która Wam nie pasuje. Mówię o szukaniu, zapisaniu się na kursy, staże, praktyki. Mówię o odkrywaniu swoich predyspozycji, preferencji, mówię o refleksji nad sobą i niezachwianym stanie poszukiwania.

Stwarzanie

Ale są też tacy, którzy mimo ciągłego eksplorowania samych siebie, eksperymentowania z różnymi formami działań edukacyjnych i zawodowych, wciąż nie wiedzą. I właśnie dla tych, którzy nie wiedzą, nie są w stanie odkryć w sobie czegokolwiek wyjątkowego, są już po kilku latach próbowania czy to, czy tamto i wciąż nie mają na siebie pomysłu, mam coś jeszcze lepszego. 

Podejmij decyzję i stwórz się taką, jaką CHCIAŁABYŚ być. Pomyśl o zawodzie, który gdzieś tam jest w Tobie i zawsze chciałaś go wykonywać. I poczyń wszystkie niezbędne kroki, żeby taką się stać, nawet jeśli nie masz w tej dziedzinie zdolności/umiejętności/wiedzy. Podejmij decyzję i nie zastanawiaj się już więcej, po prostu uczyń się tym, czym chciałabyś być. Nie musisz wszystkiego co do tej pory robisz od razu rzucać, zrób to stopniowo. To proces, który ma dawać radość. 

I nie patrz na to, co mogłoby Cię potencjalnie ograniczyć. Powiem Wam, o co mi chodzi na własnym przykładzie. Podczas studiów lingwistycznych postanowiłam zapisać się na kurs złotnictwa, bo od zawsze fascynowała mnie biżuteria. Chodziłam na ten kurs przez 3 lata, nauczyłam się trochę, umiałam zrealizować niektóre pomysły z własnej głowy. Ale sam fakt wykonywania biżuterii fizycznie nie dawał mi tyle radości, ile dawało wymyślanie, projektowanie. Moi koledzy mieli inaczej, dłubali w jednym kawałku srebra godzinami. A ja nie dość, że się wtedy męczyłam to jeszcze czułam, że zanim osiągnę perfekcję, jakiej wymagam od własnych wyrobów, minie dobrych kilka lat. Poza tym nie miałam warunków. Większość z moich znajomych z grupy pozakładała własne małe warsztaty, pracownie. A ja nie miałam na to pieniędzy. Poza tym nie byłam gotowa postawić wszystkiego na jedną kartę, czułam, że nie mogłabym siedzieć nad srebrem po 10 godzin dziennie. Postanowiłam więc, że to nie dla mnie, że pójdę do korpo, dam się ponieść prądowi życia i będzie OK. Miałam jednak kogoś kto nieprzerwanie, stale i nieustannie mnie wspierał i stał przy mnie, mówiąc, że etat nie da mi nigdy wolności finansowej i że może jednak skoro chciałam robić biżuterię, powinnam do tego wrócić. Paweł. On też uświadomił mi, że ja we własnej firmie wcale nie muszę fizycznie robić biżuterii. A wręcz nie powinnam. Bo w biznesie jest taka jedna żelazna zasada: zleć wszystko to, czego nie chcesz robić (w miarę finansowych możliwości oczywiście) i zajmij się tym, co Cię fascynuje. I tak oto postanowiłam podjąć inną decyzję. Nawiązałam mnóstwo kontaktów, znalazłam podwykonawców i nauczyłam się projektowania graficznego. Po wielu próbach, błędach i niepowodzeniach, znalazłam sposób na idealne odwzorowanie moich projektów w srebrze. Znalazłam sposób, który w prawdzie podnosi moje koszty, ale jest bardzo dokładny i pozwala na osiągnięcie perfekcji kształtu każdego przedmiotu. Okazało się, że się da. W głowie od zawsze miałam natłok biżuteryjnych pomysłów. Widziałam wciąż rzeczy, które chciałabym nosić. I mogę to teraz wszystko przelać na rzeczywiste przedmioty. I to jest niesamowite. Oczywiście, że mogłabym to wszystko sama wykańczać, ale wolę projektować, więc stworzyłam taki, a nie inny model biznesowy. Ale żeby to zrobić, musiałam najpierw zmienić myślenie i uświadomić sobie, że to jest możliwe i że ja nie muszę, a nawet nie powinnam wszystkiego robić sama. Pozwala mi to poświęcić maksymalnie dużo czasu na to, co lubię i co mi najlepiej wychodzi, a także na rozwój w tym zakresie.

Tak naprawdę tworzę siebie przez cały czas. Tworzę siebie ze swoich marzeń. I jest to proces powolny, stopniowy, momentami żmudny. Zaczęło się od kursu biżuterii, a potem, jak już więcej o sobie wiedziałam, zaczęłam się uczyć programów graficznych. Sama. W czasie tzw. "wolnym". I zaczęłam przelewać tam swoje pomysły i myśli.

I to jest właśnie to, o czym mówię. Nie rzucajcie dotychczasowych zajęć, nie o to chodzi. Bądźcie aktywni i czujni poza tym zajęciami, bo może gdzieś czai się Wasz pomysł na siebie. Nie przegapcie go.


Czytaj więcej ze strefy ducha: