Stosunek do rzeczy

Kiedyś przeczytałam pewną wypowiedź znanego bogatego człowieka. Za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć, kto to był i w jakim kontekście na to trafiłam, ale pamiętam, co powiedział. Powiedział, że życzy wszystkim ludziom, żeby doznali dużego bogactwa, cudownego sportowego samochodu, domku za miastem, drogich ubrań. Bo dopiero wtedy dogłębnie będą w stanie poczuć, że... nie o to chodzi i to wcale a wcale nie daje szczęścia.

A ostatnio jeszcze słowa zmarłej Ani Przybylskiej, że jeśli nie potrafisz cieszyć się małymi rzeczami, dużymi też nie będziesz umiał.

I tu oczywiście pojawiają się dwie strony, jak zawsze. Z jednej strony, mają oboje rację, bo wszyscy gdzieś tam na pewnym poziomie zrozumienia wiemy, że poczucia pustki i nieszczęścia kasą nie załatasz, nie ma na to szans, i to jest prawda. A z drugiej strony myślimy: łatwo im mówić. Jest coś takiego przecież, jak piramida Maslowa, która mówi o hierarchii potrzeb. Człowiek, którego nie stać na lekarza lub zdrowe produkty spożywcze może mieć spory problem ze sloganem "pieniądze szczęścia nie dają". Bo przecież wszyscy wiemy, że pieniądze są w stanie zniwelować wiele problemów dnia codziennego i że dopiero po osiągnięciu względnie dobrego poziomu życia, można skupić się na potrzebach umieszczonych bliżej szczytu piramidy.

Tutaj w głowie rodzi mi się od razu pytanie o definicję szczęścia. Czy jest to decyzja? Czy jest to chwila, w której szczęście akurat czuć? Czy jest to kwestia mieszanki hormonów w mózgu? Czy jest to związane z charakterem? Czy codziennie rano wybieramy swój nastrój i zły nastrój to wynik tylko i wyłącznie lenistwa naszego mózgu, któremu nie chce się wysilić i uśmiechnąć? Dlaczego sama świadomość, że gdzieś tam na końcu świata ludzie giną z głodu, chorób, ogólnie z biedy nie wystarcza już na wstępie, żebyśmy poczuli się jak najszczęśliwsi ludzie na świecie, bo mamy lodówkę pełną jedzenia, dach nad głową i względnie wysoki poziom "spokoju społecznego", nazwijmy to? Nie ma wojny, nie trzeba się chować, bać, uciekać.

Dlaczego?

Nie wiem. 

Im dłużej i o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że szczęście tkwi w uwolnieniu. I że jeśli nie dzieje się teraz, to nie dzieje się nigdy.

Mówiłam Wam już o tym, jak duży mam problem ze szczęściem i radością z małych rzeczy, jaka jestem difoltowo malkontentna? Mówiłam. I powtarzam. 

Czy szczęście to mięsień, który można wyćwiczyć?

Możliwe.

Uwolnienie. Krok pierwszy.

Uznanie, że nic nie jest moją własnością, a rzeczy i ludzie przepływają tylko przez moją przestrzeń, obijają się o mnie, przez chwilę dryfują nad moją głową i lecą dalej.

Jest takie powiedzenie, które na pewno znacie. "Traktuj ludzi tak, jak gdyby jutro mieli umrzeć, a rzeczy tak, jakbyś to Ty miał jutro umrzeć". Zawsze interpretowałam to tak: olej rzeczy i bądź dobry dla ludzi, bo zatęsknisz kiedy umrą. Ale to interpretacja nakierowana na własne ego. Kiedy patrzę na ten cytat głębiej, widzę w nim coś innego: oduzależnij się od ludzi i rzeczy, bo wszystko przemija, płynie. Odpuść, nie potrzebuj, kochaj bezinteresownie. Nie przywiązuj się. Ludzie mogą odejść w każdej chwili, więc spiesz się kochać, być z nimi naprawdę.

A co z rzeczami?

Czym są rzeczy? Rzeczy to twory. Nie wiem, czy zauważyliście, ale tak to już jest, że przychodzimy na ten świat i tworzymy. Na tym polega życie. Widzę życie ludzkości jako taki ogromny zbiorowy proces twórczy. Tworzymy nawzajem rzeczy dla siebie samych. Konkretne i abstrakcyjne. Co więcej, tworzymy najczęściej rzeczy ulotne, co w żadnej mierze nie umniejsza ich wartości. A przynajmniej nie powinno. Jak ci mnisi, tworzący wzory z piasku, tylko po to, żeby później zetrzeć je jednym ruchem ręki. Tworzymy ubrania, meble, narzędzia, drogi, miasta, przedmioty, zabawki. Jest w tym bezsens i sens jednocześnie. Tworzymy bezpośrednio, albo będąc mrówkami w strukturze, która tworzy coś dużego. Tak więc żyjemy w rzeczywistości wypełnionej tworami innych ludzi. Rzeczy to nic innego jak twory, w które kiedyś ktoś lub nawet cały sztab ktosiów włożył mnóstwo czasu, wysiłku, pracy i też, mniej lub więcej, miłości.

Więc to nie jest tak, że rzeczy są złe i trzeba je odrzucić. Chodzi o zmianę do nich stosunku. Chodzi o nieprzywłaszczanie. O miłość bez przywłaszczania. Nie przywiązuj się do rzeczy, bo nie są Twoją własnością, wędrują tylko między Tobą, a innymi. Jednocześnie je kochaj, szanuj je. Nic nie jest niczyją własnością. Wow, czyż to z miejsca nie zdejmuje kamienia z Twojego serca?

Pamiętam, jak kiedyś zapuściłam okna w swoim mieszkaniu, nie myłam ich przez pół roku, lub dłużej i przyjechała do mnie mama. Popatrzyła i powiedziała "te okna w tym twoim mieszkaniu aż proszą o trochę miłości i troski". Nie wiem, czy rozumiecie o czym tu mówię, bo czuję, że brzmię jak lekko nawiedziona, ale nie potrafię tego inaczej wyrazić. Chodzi o dawanie miłości/troski/szacunku przedmiotom bez uzależnienia od nich, bez przywiązania. Czyli, po pierwsze, nie chciej mieć dla samego mienia, nie potrzebuj mieć wszystkiego, co Ci się podoba, ale jednocześnie nie pozbawiaj się rzeczy na siłę, tylko otaczaj miłością te, które masz i jednocześnie te, których nie masz. Bo masz i nie masz jednocześnie wszystkie rzeczy na świecie. 

To, tak przyziemnie, wiąże się np. z szanowaniem ubrań, i umiejętnością oddania ich jeszcze w dobrym stanie potrzebującym, kiedy my już z nich wyrosłyśmy (fizycznie lub mentalnie). Ten szacunek to hołd złożony osobom po drugiej stronie procesu - krawcowym, konstruktorom, projektantom. To się wiąże z podziwianiem ubrań nie ze swojej stylistyki i nie uleganiem pokusie ich kupna (bo wiemy, że nie będziemy ich używać i lepiej posłużą komuś innemu). Trochę jest to podobne do miłości międzyludzkiej, o której pisałam niedawno. Brak uzależnienia i brak poczucia, że tomoje, wara, nie oddam. 

W całym tym moim wywodzie chodzi o niewarunkowanie szczęścia niczym i odnajdywanie go we wszystkim. O uczestnictwo w twórczym pobycie tu na ziemi i radość z procesu.

Jaki Wy macie stosunek do rzeczy, i do jakiego dążycie?