styczeń

Ostatni miesiąc to trochę szwajcarskich gór i dużo biznesowego stresu, który powoli się rozrzedza. Zastępuje go KAVOwa euforia. Ale o tym później.

Góry nam nie wyszły w tym roku idealnie, bo zatonęły w chmurach. A my razem z nimi. W chmurach i białych płatach śniegu, który czasem padał niespiesznie, zakolami, a czasem zacinał prosto w oczy, jak szalony. 

Padało, padało. I padało.

W górach pachniało dobrze. Najlepiej. Było też bardzo zimno. Więc robiliśmy zdjęcia, zamiast jeździć na nartach.

Dużo spałam. Wypoczęłam. Przestały mnie boleć oczy. Uspokoiłam się trochę. Po powrocie znów zaczęło być szaleńczo, ale powoli się zaczyna na nowo układać.

Na koniec skurcz zimna i śnieg za oprawkami. Miałam wtedy jeszcze poker face, bo na fejsbuku mieliście okazję widzieć zdjęcie zrobione kilka milisekund później - już z innym wyrazem twarzy. Przypominam, że chcieliśmy wtedy niewinnie strącić trochę śniegu z gałęzi...

IMG_5535.jpg

No i jeszcze nasz ostatni-pierwszy dzień. Ostatni, bo to dzień odjazdu. A pierwszy, bo pierwszy dzień słońca. Ajfonowo niestety tylko. Jeździliśmy. Tak intensywnie, że Pawłowi aż zamarzły rzęsy.

Jak Wasza zima, jak Wasz styczeń? Też nie możecie się doczekać wiosny?


Kasia2 Comments