Stylowa konsekwencja

Można pisać o składowych stylu, wyznacznikach stylowości dużo i namiętnie, a i tak każda z nas stylowość inaczej rozumie i inaczej postrzega. Styl w moim odczuciu nie jest wartością dobrą lub złą, tylko względną, a więc określenie, że ktoś ma styl albo go nie ma nie jest w mojej opinii w ogóle poprawne. Bo co to znaczy, że ktoś ma styl, że jest stylowy? Przecież to, co dla mnie jest wyżynami dobrego stylu, dla kogoś innego może być skrajnie nudne, a z kolei to, co dla jakiejś znawczyni mody jest stylowe, mi często jawi się jako tak totalnie pokraczne, przeładowane i brzydkie, że zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tą znawczynią mody.

Często słyszę, jak ktoś znający się na modzie ocenia negatywnie wygląd czegoś, co dla mnie jest piękne i czuję, że nie powinien tego robić. Można przecież powiedzieć “to nie mój kierunek”, to nie “moje”, a nie wartościować słowami ładne brzydkie, dobre złe. Ocenianie rzeczy nie jest jeszcze aż takie złe. Najgorsze jest ocenianie stylu innych ludzi.

Czytałam w ostatnim Newsweeku artykuł o Ewie Mindze, którą jedni krytykują za estetykę jej wytworów, a inni podziwiają. Właściwie to właśnie m.in. ten artykuł zainspirował mnie do wplecenia wątku oceniania stylu do tego postu (pierwotnie miałam pisać po prostu o konsekwencji). W artykule znalazłam dwa skrajne komentarze dotyczące stylu Minge, wypowiedziane przez dwóch panów ze świata mody. Pierwsza z nich brzmiała: „Minge jest inteligentną, dowcipną i charyzmatyczną osobą. Ale jej projekty do mnie nie przemawiają. W modzie preferuję zupełne inną estetykę”. To komentarz Paprockiego. Jakie to piękne prawda? Powiedzieć o kimś „fajnie, że jesteś, ale ja po prostu idę w inną stronę”.  Drugi pan natomiast, i tutaj zacytuję już autorki tekstu, „wypunktował Minge za kompletny brak smaku, czego przejawem były m.in. ozdoby przypominające jego zdaniem tarczę strzelniczą i bandaż”. No i po co? Po co wypowiadać takie słowa? Przecież to wszystko jest RZECZ GUSTU, można więc śmiało powiedzieć „nie podoba mi się, idę w inną stronę”, ale jakże nie warto mówić „tu nie ma smaku, to jest brzydkie”. Bo to rani, niszczy, a przede wszystkim jest nieprawdą. Bo prawdy obiektywnej w kwestii dobrego smaku, jedynego słusznego gustu, moim zdaniem, nie ma. 

W tym wszystkim chodzi mi po raz kolejny o nieocenianie. Im więcej stylów i im większa różnorodność, tym na świecie jest ciekawiej, tak więc po co w ogóle wartościować jakikolwiek styl, po co mówić o czymkolwiek, że jest ładne/brzydkie. Coś może być „moje”, lub „Twoje”, funkcjonalne lub nie, może stylowo iść w jakimś określonym kierunku, ale na pewno nie można stwierdzić obiektywnie, że coś jest brzydkie, bądź ładne. Każdy z nas jest totalnie inny od wszystkich innych i ta inność to coś zdecydowanie wartego podkreślenia.

Tak więc styl lub brak stylu to dla mnie nie: ładnie ubrana vs brzydko ubrana; tylko: konsekwentnie, świadomie ubrana vs ubrana przypadkowo.

Zgadzacie się czy bredzę?

Każda osoba ma jakiś styl, mniej lub bardziej świadomy i mniej lub bardziej konsekwentny. I ja właśnie o tej konsekwencji chciałam dzisiaj powiedzieć, bo wydaje mi się ona najważniejszym przymiotem osoby stylowej, którą na potrzeby dzisiejszego tekstu zdefiniowałam właśnie jako osobę o konsekwentnym świadomym i przemyślanym sposobie ubierania. Nic w stylu takiej osoby nie jest przypadkowe, nie ma rzeczy z różnych parafii.

Konsekwencja stylu to dla mnie samoświadomość i nieuleganie modzie, a raczej wyciąganie z aktualnych trendów pasujących wycinków. Jest teraz moda na błyszczące przyklejane „tautaże”. Jako że nie pasuje to nijak do mojego stylu i zwyczajnie nie jest to "moim kierunkiem", nigdy sobie takiego nie zrobię. Ale od oceny tych tatuaży się wstrzymam. Ale za to jest też moda na torebki O-bag, które idealnie do mojego stylu pasują, więc bez problemu mogłabym taką sobie sprawić, mimo że chodzi w niej pół świata. Bo w ubraniu przecież nie chodzi o silenie się na oryginalność, ani o to żeby podkreślać swój status społeczny. Chodzi o to żeby czuć się sobą, podkreślać i wyrażać siebie, opowiadać o sobie historię. 

Popłynęłam trochę, wracam do konsekwencji.

Konsekwentnym w stylu można być w formie, ogólnym klimacie, kolorach, albo jakimś charakterystycznym elemencie. Przynajmniej po dogłębnym przemyśleniu, tak sobie to wykoncypowałam. Jeśli Wy widzicie jeszcze jakiś element, dajcie znać.

Budować styl, wypracowywać konsekwencję można albo wokół wybranego elementu, albo przy użyciu tych wszystkich czynników na raz.

Forma może być kobieca, lub męska, kanciasta lub krągła, prosta lub udziwniona, sztywna lub lejąca.

Klimat to dla mnie to, co ludzie ogólnie określają stylem; może być romantyczny, rockowy, minimalistyczny, zwyczajny (niektórzy mówią na to „dziewczyna z sąsiedztwa”), glam (dużo błyszczącej biżuterii, błyszczyk, ozdoby, intensywne kolory), nawiązujący do przeszłości (np. hippie), babciowy, paryski (zwiewny, kobiecy, szykowny, delikatny minimalizm). Jest ich na pewno więcej.

Kolory to wiadomo. Miałam kiedyś taką prowadzącą zajęcia na studiach, która ubierała się tylko i wyłącznie w kolory ziemi. Widziałam ją praktycznie codzienne na wydziale i zawsze, ale to zawsze nosiła tylko odcienie brązu, beżu i zgniłej zieleni, czasem trochę ceglastej pomarańczy. Nic więcej. Nigdy. Z biżuterii czasem jakieś bursztyny, zawsze tak samo ułożone brązowe włosy. I czy mi się to podobało czy nie, do tej pory pamiętam jej ubranie. Widać w jej stylu było przemyślenie, konsekwencję i samoświadomość. A to robi wrażenie najbardziej. To właśnie, powiedziałabym, był styl zbudowany wokół jakiejś kolorystyki, bo forma bywała różna, poza tym forma znikała pod ogromnym wrażeniem, jaką wywierała wciąż ta sama przemyślana paleta kolorów.

Można też uczynić swoim znakiem rozpoznawczym jakiś motyw, np. kwiatowy, albo motyw ciekawych printów, albo zwierzęcy. Takim elementem może być też czerwona szminka, lub ogólnie mocne usta. Albo zawsze wysokie szpilki. Albo wciąż ta sama fryzura. Albo wielkie okulary. Wtedy ten element wysuwa się na pierwszy plan, a reszta gdzieś się z tyłu rozostrza.

Przy budowaniu stylu czy też przy refleksji nad stylem już istniejącym, warto zawsze też zastanowić się nad wszystkimi tymi parametrami. Jak zwykle najłatwiej mi wyjaśnić to na własnym przykładzie.

Moja forma to kanciastość i prostota. Nie lubię zaokrągleń w dekoltach, nie lubię falban, marszczeń, plisów, koronek, bufek. Bardziej prostokąt niż koło.

Mój klimat to stonowany minimalizm, kwiaty nie wchodzą w grę. No chyba, że takie przedstawione uproszczenie, graficznie, kanciasto:

Moje kolory to kolory przeważnie neutralne, ale tutaj nie zamierzam raczej wypracowywać jakiejś mega konsekwencji, jak ta nauczycielka, o której mówiłam. Tak jak na polu formy mogę się z chęcią ograniczyć, bo rzeczy o bardziej skomplikowanej wydziwionej formie mi po prostu nie leżą, tak z kolorami nie chciałabym się ograniczać. 

Mam też kilka charakterystycznych elementów, ale nie powiedziałabym, że wokół tego buduję styl. Wydaje mi się, że stoją obok reszty parametrów. Okulary z grubymi oprawkami (i równie grubymi soczewkami:D), krótkie włosy (po trzeciej wizycie u fryzjera mam już „tą” fryzurę, idealną, bardzo krótką, najlepszą; bardzo w niej siebie polubiłam) i koturny (najchętniej stworzyłabym kolekcję koturn na każdą okazję, bo wciąż jest ich tak mało na rynku, a przecież da się stworzyć piękne delikatne, ale zarazem proste koturny). To trzy stałe elementy mojego stylu, które polecam Wam u siebie określić. Co jest stałe, a co zmienne. Spiszcie to sobie, to daje dużo do myślenia, daje dobry wgląd w to jak wyglądamy i jak chcemy wyglądać.

A jeśli nie wiecie czego chcecie lub chcecie kilku rzeczy na raz, pozostaje tylko oddać się eksperymentom. Wyznacznikiem jest zawsze odczucie, jakie dana „stylizacja” wywołuje w nas samych. Czy wywołuje poczucie przebrania (u mnie takie poczucie wywołuje m.in. czerwona mocna szminka, spódnica z falbanami, motyw kwiatów), czy poczucie drugiej skóry.

Jest jeszcze poczucie nijakości. Doświadczam go na przykład kiedy nałożę na siebie jakiś trochę już zużyty bardzo zwyczajny sweterek i niedopasowane spodnie. Tego uczucia unikajcie, chcecie przecież w swoich ubraniach kwitnąć, a nie blednąć.

Więc jeśli w szafie wciąż macie miksturę dziwactw, każde ubranie z innej parafii, proponuję codziennie wyjść z domu w czymś innym, raz w sukience w kwiaty, raz w czymś zupełnie prostym i poodczuwać, w czym czujecie się jak przebierańce, a w czym jak w drugiej skórze.

Na koniec pinterstowa tablica Jesse Kamm - mojego ostatniego odkrycia - byłej modelki, kanadyjskiej projektantki, która powala konsekwencją, przede wszystkim formy. Kolory również oscylują wciąż wokół tych samych tonów. Plus ten kapelusz. Zachwyca mnie wrażenie jakie robią jej ubrania, mimo, że sama siebie pewnie w większości z nich bym nie widziała (te spodnie! :)). Głównie są to ubrania poszerzające, idealne dla wysokich i szczupłych osób. Ale konsekwencja i prostota całej wszystkich zaprojektowanych ubrań (Jesse ubiera się głównie w to, co sama zaprojektuje) jest niesamowita.       

A jeśli macie zdefiniowany własny styl, to koniecznie opiszcie mi go w komentarzach i dajcie znać, czy parametry które Wam dziś przedstawiłam choć trochę pomagają w definiowaniu :)


Czytaj więcej ze strefy szafy: