sushi nie-sushi

Od dawna już robimy z Pawłem co jakiś czas domowe sushi, z ryżu do sushi, listków nori, ogórka i łososia. Tylko nie surowego, a wędzonego, bo surowego się boimy. Może wędzonego też powinniśmy... bo o łososiu dobrze się nie słyszy. Ale raz na jakiś czas sobie pozwalamy.

Ja przygotowuję składniki, gotuję ryż, obieram i kroję ogórka, rozciapciuję łososia. A Paweł robi magic i zawija ruloniki. Paweł też kroi, bo ja się do tego nie nadaję. Maczamy w sosie sojowym i jemy. Nawet, dzięki temu domowemu sushi, nauczyliśmy się całkiem sprawnie jeść pałeczkami. 

Nasze sushi jest inne niż to w restauracjach, pewnie wielu stwierdziłoby, że to profanacja, ale nam smakuje i jemy. Ryż robimy tak jak napisano na opakowaniu: najpierw zalewamy zimną wodą w proporcji 1:1, czekamy chwilę, potem zagotowujemy, gotujemy kilka minut i już. Zalewamy to łyżką oliwy, solimy minimalnie, bo sos sojowy jest słony. W prawdziwym sushi jest też chyba w ryżu cukier i inne cudactwa, ale my nie dodajemy nic z tych rzeczy. Przecież chodzi o prostotę i zdrowie, prawda?

A dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o eksperymencie. Nie wiem jak Wy, ale my się zawsze zastanawialiśmy jak smakowałoby sushi z ryżem pełnoziarnistym, brązowym. Postanowiliśmy to sprawdzić. Taki ryż gotuje się dłużej (ok. godziny) i w większej ilości wody: 1:2. Jak się go trochę rozgotuje, wychodzi w miarę kleisty. Oczywiście nie aż tak kleisty jak ten biały, ale daje radę. 

Takie brązowe sushi wyszło nam całkiem fajnie. Smakowo jednak raczej wolimy wersję białą, jakoś się to tak wszystko łączy ładniej ze sobą; wersja brązowa jest intensywniejsza i bardziej rozpadająca się, co tu dużo ukrywać. Ten biały ryż do sushi to jakaś specjalna odmiana, podobna do tego do risotto. Po ugotowaniu jest bardzo kleisty, co sprawia, że pokrojone ruloniki trzymają się "w kupie". Przy brązowym ryżu kupa ta się rozpada i ciężej jest jeść, ale da się. I jest całkiem smacznie, także zachęcam do eksperymentowania.

Ważny jest też łosoś. Nie może to być zwykły kanapkowy łosoś, taki ciągnący się. My takiego bardzo nie lubimy. W Piotrze i Pawle można znaleźć takie "praliny" z łososia. Są też w innych sklepach. Chodzi o takie grubsze płaty, ze skórą, którą trzeba oddzielić. Takie łososie występują bez przypraw i z przyprawami ziołowymi. To czym różnią się od płatów wędzonego łososia kanapkowego to kruchość, soczystość i delikatniejszy smak. 

Proces wygląda tak, że do zawijania potrzebna jest taka drewniana mała mata, do kupienia w większych sklepach w działach z kuchnią azjatycką. I na tę matę kładziemy listek nori. Potem rozsmarowywujemy na tym cienką warstwę ryżu i kładziemy tyle ile chcemy ogórka pokrojonego w cienkie (lub mniej cienkie) słupki i rozciapcianego łososia. Potem trzeba zawinąć rulonik i tego to już trzeba nauczyć się metodą prób i błędów. Trzeba zawijać jak najciaśniej i jak najrówniej się da. Potem ostrym nożem kroimy ruloniki w zjadliwe kawałki. I już. maczamy w sosie, jemy. Poniżej - proces w zdjęciach.

Jak spróbujecie, dajcie znać, jak Wam wyszło.

PS Wiem, że miałam powiedzieć o eksperymencie z wegańskim brownie. Nie wyszło tak dobre jak chciałam, dlatego milczę. Jeśli macie jakiś sprawdzony przepis na naprawdę DOBRE wegańskie brownie, najlepiej też bezcukrowe i bezglutenowe, napiszcie mi koniecznie.


Czytaj więcej ze strefy kuchni: