Uwzględnianie względności

Może jestem wariatką, ale dość często nachodzi mnie refleksja, że wypowiadanie się na jakikolwiek temat kategorycznie, z pewnością własnej racji, z jasnością umysłu jest często, jeśli nie zawsze, niepełne, bo jednostronne. A przecież żyjemy w świecie o kilku wymiarach. 

Im więcej czytam, im dłużej żyję, im bardziej świadoma się staję, tym mniej chcę głośno mówić, tym cichsza jestem.

Może jestem wariatką, ale w każdym „DOBRE” widzę pyłek zła, w każdym „ZŁE” widzę trochę dobra. Albo inaczej. Mam poczucie, że nic nie jest dobre, ani złe. Wszystko po prostu jest, jakie jest. 

Może jestem wariatką, ale wielobarwność spornych i nie tylko spornych kwestii mnie przytłacza. Na tyle, że czasem nie mogę wydusić z siebie słowa.

Nie ma recept na tym świecie. Moja recepta na udany związek; to, co mi się roi w spranym mózgu (wszyscy mamy sprane mózgi); to, czego doświadczyłam; to, co przeczytałam na ten temat; to, w co uwierzyłam; to, co praktykuję; moje błyskotliwe lub mniej obserwacje, mogą być dla Was czystym bulszitem. Mogą być dla Was chwili nie warte.

Rozwój zaczyna się od zakwestionowania. Najlepiej największego autorytetu.

Może jestem wariatką, ale za ojczyznę bym nikogo nie zabiła. Nie potrafiłabym, a może po prostu nie chciałabym z zimną krwią zabić kogoś w imię czystej, stworzonej w ludzkich umysłach idei. W imię przypadku, który sprawił, że Ty jesteś Niemcem i sprali Ci mózg, a ja jestem Polką i też mam sprany, tylko w innym proszku. A jeśli Twój proszek nakazuje Ci mnie zabić, zabijaj, trudno, wierzę, że po śmierci nie spotka mnie nicość. 

No ale, jak to kiedyś pewna mądra kobieta powiedziała „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, więc co ja mogę w ogóle mówić, tak naprawdę nie wiem, co bym kiedy zrobiła, a czego nie. Może gdyby wybili mi rodzinę, zabiłabym ich z chęcią, bez potrzeby afektu, na zimno. Może gdybym była Niemcem tamtych czasów i ktoś mocno wykrzywiłby mi spojrzenie na świat, zabijałabym w imię Hitlera Polaków. Skąd mogę wiedzieć. Skąd możesz wiedzieć. 

Nie wiem i ta świadomość powstrzymuje mnie od oceniania. 

Jesteśmy tak nauczeni, że rodzina jest najważniejsza. Z narodem tez się utożsamiamy. I czasem zapominamy, że w pewnym sensie to totalny przypadek, że jestem tu, gdzie jestem. Nie potrafimy wyjść z własnych, nadanych nam lub wybranych przez nas kiedyś w innym wymiarze butów, nie potrafimy sobie wyobrazić, nie potrafimy się postawić w innej rzeczywistości. Kochamy poczucie przynależności do religii, do narodu, uważamy, że to nas określa, definiuje, oddziela od innych.

Nie widzimy, że to żadna nasza zasługa ta polskość i że narody to SZTUCZNE podziały, że gdzieś na pewnym poziomie wszyscy jesteśmy tacy sami, wszyscy tak samo nadzy, skórzane worki pełne krwi, gotowi umierać i zabijać za wielkie sprawy, rozgrywki wielkiej polityki. I że określa nas tak naprawdę nie deklaracja przynależności do jakiejkolwiek grupy społecznej, czy też przynależność do danego narodu, nadana z urodzenia, a czyny i kręgosłup moralny. Tylko czyny i aż czyny; nie etykietka: Polak katolik, a czyny.

Względność.

Oceniamy wszystko, co widzimy. Często skrajnie wkładamy do szuflady z napisem „dobre” lub „złe”. Lubimy schematy. Recepty, szufladki, tezy, stwierdzenia. Lubimy mocne słowa. Lubimy kategoryczność. Bo wzbudza emocje. Lubimy się zgadzać, lub nie zgadzać. Walczyć o rację, bronić poglądów, karmić ego. Nie pociąga nas uwzględnianie względności, umiejętność widzenia dwóch stron i brak zdolności do opowiedzenia się jasno po którejś z nich. „Wiem, że nic nie wiem” i „to nie takie proste” wydają się nam bezpłciowe. Każdy chce mieć wyrobione zdanie na dany temat, receptę na życie, związki, pogląd na słuszność europejskiego multikulti i inne problemy współczesnego świata. 

Tak lub nie, tak lub nie.

A recept nie ma. Nie da się nic jednoznacznie orzec. Pewnie też z tego względu, że nie wiemy wszystkiego, nie wiemy, jak jest naprawdę. Ale nie tylko dlatego. Przede wszystkim dlatego, że nie ma uniwersalnych prawd, nie ma przepisów. Wszystko jest względne i nic nigdy do końca nie wiadomo, jak w tej historii Dana Millmana.

"Stary człowiek i jego syn pracowali na małej farmie. Mieli tylko jednego konia, który ciągnął ich pług. Pewnego dnia koń uciekł.

– Jakie to straszne – współczuli sąsiedzi. – Co za nieszczęście.

– Kto to wie, czy to nieszczęście, czy szczęście – odpowiadał farmer.

Tydzień później koń powrócił z gór, przyprowadzając ze sobą do stajni pięć dzikich klaczy.

– Co za niesamowite szczęście! – mówili sąsiedzi.

– Szczęście? Nieszczęście? Kto wie? – odpowiadał starzec.

Następnego dnia syn, próbując ujeździć jedną z dzikich klaczy, spadł z niej i złamał nogę.

– Jakie to straszne. Co za nieszczęście! – mówiono.

– Nieszczęście? Szczęście?

Przyszło wojsko i wszystkich młodych mężczyzn zabrano na wojnę. Syn farmera był nieprzydatny, więc pozostał.

– Szczęście? Nieszczęście?" 

Wielka polityka wielką polityką. Nie mamy na nią fizycznego wpływu, więc nie widzę sensu w kłótniach o rację. Tracimy energię na bezproduktywne obrzucanie się argumentami. Na każdy z nich znajdzie się kontrargument. Nacieramy się nieszczęściem Francuzów, współczujemy, martwimy się. A i tak nic konstruktywnego nie da się z tym zrobić z poziomu szarego obywatela.

Pamiętacie, jak Wam mówiłam o znajomym mamy, który ze spokojem i pogodą ducha przeżył wywózkę na Sybir? Ze spokojem przyjął, co było do przyjęcia. Mam wrażenie, że jedynym, co można zrobić w obliczu tego, co się dzieje na świecie, nie tylko dziś teraz, w Paryżu i w Bejrucie, ale codziennie od wieków w różnych zakątkach świata, jest zadbanie o spokój w sercu i o dobre myśli.

Świata nie zmienisz, możesz zmienić tylko siebie.


Czytaj więcej ze strefy ducha:

strefa duchaKasia16 Comments