zakupowa pustka

Dziś tekst z cyklu: refleksje młodego sprzedawcy, czyli kilka potargowych myśli, dotyczących nie tylko sprzedawania, ale też kupowania. Będzie o tym, że nie potrafię już kupować i o tym, że nie potrafię (jeszcze?) sprzedawać.

Mustache Yard Sale to była naprawdę całkiem fajna impreza. Slow Weekend też. Można było tam kupić mnóstwo ładnych, oryginalnych rzeczy, najczęściej w niższych cenach niż zwykle. Można było kupić coś sobie i na prezent. Było tam mnóstwo takich młodziutkich marek jak moja i trochę też takich już bardziej wyrobionych. Była tam pasja tworzenia wyczuwalna w powietrzu. Coś, czego w sieciówkach raczej nie doświadczycie.

A ja nic nie kupiłam. Ba, nawet nie przeszłam się między stoiskami z takim zamiarem. Pierwszy raz chyba w życiu tak bardzo dobitnie poczułam pustkę kupowania, choć już wcześniej skłaniałam się w tę stronę. Mogłam sobie na coś tam pozwolić, szukam przecież ładnej bluzy, szukam swetra, mogłabym kupić świeczkę do domu, mydełka od Ministerstwa, muszę wymienić już bardzo zużyte sześcioletnie domowe dresy, mogłam kupić ładną doniczkę, filiżankę, biżuterię. Jako wystawca, może miałabym nawet jakieś dodatkowe zniżki.

Kiedyś uwielbiałam kupować. Nowe kosmetyki, nową biżuterię, ubrania, ramki do zdjęć, drewniane koty i porcelanowe słonie. Wszelakie durnostojki. Duperele. Pamiętam, jak pojechałam na obóz tenisowy nad morze. Miałam 14 lat. W pierwszych dniach wydałam całe kieszonkowe od rodziców na jakieś 3 względnie drogie pierścionki ze srebra. Ciągnęło mnie do rzeczy, bardzo. Aż nie mogłam się powstrzymać.

Na tych targach, gdzie pokus było bardzo dużo, poczułam wolność od kupowania. Poczułam, że już nic nie muszę mieć koniecznie. Oczywiście, że chcę zbudować garderobę złożoną z samych dobrych jakościowo ubrań, i wiele z nich mam na liście do kupienia; oczywiście, że chcę mieć to czy tamto i że lubię ładne (ale przy tym koniecznie funkcjonalne) przedmioty. Ale czuję, że już nie muszę i że to jest proces, który będzie trwał jeszcze długo. Poczułam, że nie muszę TERAZJUŻ korzystać z okazji, że jestem otoczona pięknymi przedmiotami w przystępniejszych niż zwykle cenach. Te przedmioty poczekają, z każdym z nim najpierw mentalnie się prześpię. A potem kupię tylko to, czego naprawdę potrzebuję.

Nie umiem już od jakiegoś czasu kupować z pasją, jak kiedyś, cieszyć się jak dziecko z nowych nabytków. Zakupy przestały mnie radować, cieszą mnie inne rzeczy. Nie kupuję dla poprawy samopoczucia.

Brak potrzeby kupowania łączy się z podejściem do sprzedawania. Za każdym razem kiedy ktoś, stojąc przy moim stoisku, zastanawiał się głośno, czy kupić mój naszyjnik, mówiłam w duchu (wyrwało mi się na głos kilka razy też): nie kupuj, przemyśl to, jeśli nie jesteś pewien idź i się z tym przejdź, a potem najwyżej wrócisz. Jeśli tego nie czujesz na 100%, jeśli nie wniesie to wartości w Twoje życie, nie kupuj. Kiepska strategia sprzedażowa, wiem. Kończy się zwykle tym, że potencjalny klient idzie się namyślić... i już nie wraca, bo kupił coś gdzieś indziej.

Niestety na ten moment sprzedawać lepiej nie potrafię :) Głosząc peany pochwalne na temat świadomego przemyślanego kupowania nie mogłabym zachęcać klientów do nieprzemyślanych zakupów.

Zdarzało się, że niezdecydowani klienci, których w myślach namawiałam do przemyśleń, wracali :) I to cieszyło mnie najbardziej, bo oznaczało, że zakup mojego produktu to przemyślana decyzja, a nie podjęta pod wpływem chwili.

Cudowne uczucie :)

A Wy jak macie z tymi rzeczami? Cieszą Was? Zdarza Wam się wpaść w wir nie do końca przemyślanych zakupów, którym stawiacie jedno proste zadanie: poprawa samopoczucia?

strefa duchaKasia10 Comments