zanurzanie

Obiecałam sobie, że nie będę w kolejnym poście mędzić o braku weny, twórczym zatwardzeniu i o tym, że nie mogę pisać, bo się zablokowałam, bo mi się wydaje że nie mam nic do powiedzenia NAPRAWDĘ WAŻNEGO (przynajmniej tak ważnego jak ten ostatni tekst o wolności) i wszystko co powiem będzie powierzchowne. I że nie będę też mędzić o tym, że kwestionuję każdą literkę w każdym napisanym przeze mnie słowie. I o tym, że nie piszę, bo nie mogę doszukać się wyczerpującej odpowiedzi na tematy, o których chcę pisać. Myślę, że ta moja upierdliwa wnikliwość i to pukanie w dno od drugiej strony, mogą mnie zabić.

Dobra, pomędziłam. Przechodzę do sedna.

Jest jesień, a ja dochodzę do wniosku, że, kurczę, życie się składa z małych rzeczy.

Zawsze miałam z tym problem, zawsze żyłam, czekając na coś większego. Nie lubiłam gotować, nie lubiłam sprzątać, męczył mnie proces, chciałam efektów, chciałam odhaczać. Szybko, zadaniowo do celu. Zawsze wolałam jeść przygotowane dla mnie dania, zamiast je gotować, bo liczył się efekt, a nie proces. Proces był przerażający, bo mogło w nim coś nie wyjść, ciasto zawsze mogło się nie udać. Łapię się na tym, że czasem nawet przy projektowaniu w kavo, czyli przy czymś, co z założenia sprawia przyjemność, chcę już, teraz, szybko, żeby było wymyślone. Żebym mogła zrobić, wysłać, przejść dalej. Niecierpliwią mnie projektowe problemy. Ostatnio doszłam do wniosku, że niecierpliwi mnie prawie wszystko.

I nagle się okazuje, że chodzi o proces. Bo nic dalej nie będzie, bo przecież efektem życia jest śmierć. Więc żyć i myśleć jak ja, to jakby żyć w obezwładniającym oczekiwaniu na śmierć. Czyli nieżyć. Bo życie z definicji jest procesem, pasmem. Sprzątaniem, gotowaniem, gadaniem, robieniem, nie zrobieniem. Nic tu się kończy, bo te końcowe stadia różnych procesów to tylko malutki procent, wycinek niedokończoności.

Nie da się postawić firmy i już. Proces jej rozwijania trwa w nieskonczoność, do momentu, w którym stwierdzisz, że rzucasz to w cholerę. Nie da się czegoś nauczyć i już. Nie da się ugotować raz na zawsze wszystkich posiłków, które jeszcze w życiu zjesz. Nie da się wybawić własne dziecko na zapas. Żeby dało spokój. Nie da się mu poświęcić uwagi raz a porządnie. Nie da się posprzątać i przyjaźnić z kimś raz a dobrze, raz i nigdy więcej. 

Pisałam kiedyś już, że nic nie da się zrobić na zapas, i to prawda, która uderza mnie co jakiś czas silniej i silniej i silniej. Tak jakbym w ogóle nie potrafiła przenieść swoich myśli na działania.  Ja wciąż nie lubię procesów!

Uderza mnie to, że życie jest zanurzaniem. Zanurzaniem w procesach. Pozytywnych, negatywnych, małych, większych. I jak się tak na to popatrzy, efekt staje się nie taki wcale ważny. Bo nic nie trwa wiecznie, wszystko płynie, a my się zanurzamy i wynurzamy i tak w kółko.

To jest moje przykazanie. To jest moje zadanie na to życie, na ten czas. Nauczyć się zanurzać w procesach. Nauczyć się kroić tę marchewkę. Cierpliwiej. Nauczyć się lubić procesy. Nauczyć się nie pędzić do efektu, nie dać się rozdrażniać rzeczom monotonnym, żmudnym, trudnym, tylko znajdować w nich przyjemność, bo to one są życiem. Innego życia nie będzie.

A Wy umiecie tak?

strefa duchaKasia18 Comments