złotnicza zapowiedź

Opowiem Wam dzisiaj o mojej złotniczej historii. Nie lubię tak się droczyć z ludźmi, zapowiadać coś, nie mówić wszystkiego. Najchętniej wyłożyłabym kawę na ławę od razu. Gubi mnie bardzo często takie podejście. Dziś więc, trochę wbrew sobie, opowiem Wam o początkach czegoś, co w tym momencie się wydarza, a swój finał, będący początkiem kolejnego etapu, będzie miało w następnym tygodniu. Tak, o kolekcji biżuterii mowa. Kolekcja to trochę za duże słowo, bo na razie to tylko jedna bransoletka w kilku wersjach, ale plany mam mocno dalekosiężne. Głowa buzuje od pomysłów.

Dwie rzeczy, które od zawsze wkurzały mnie w biżuterii, mimo mojej do niej wielkiej miłości, to po pierwsze okropna standardowa czcionka wszystkich wygrawerowanych napisów (nigdy nie widziałam graweru wykonanego minimalistyczną, fajną czcionką), a po drugie ohydne bigle, zarówno te długie zaokrąglone jak i sztyfty zakończone strasznie brzydkim tym czymś, tą zatyczką, nawet nie wiem jak to się nazywa.

Chciałam coś z tym zrobić, chciałam wprowadzić do biżuterii coś innego, chciałam stworzyć coś dla czego sama straciłabym głowę. A muszę Wam powiedzieć, że po latach zrobiłam się dość wybredna. Jako dziecko i nastolatka obwieszałam się może nie czym popadnie, ale mnóstwem różnych tandetnych i mniej tandetnych rzeczy. Im starsza byłam, tym mniej mi się podobało.  

Od zawsze marzyłam o stworzeniu własnej kolekcji biżuterii. Najpierw tworzyłam prostą biżuterię z półfabrykatów z allegro, z kamyczków, srebrnych rurek, drewnianych klocków. Ale to były czasy gimnazjoliceum. Potem, już na studiach, postanowiłam skończyć prawdziwą szkołę złotniczą. Dowiedziałam się tam wiele o sobie. O tym, że dużo bardziej od samego wykonywania, interesuje mnie projektowanie i wymyślanie biżuterii. Tylko i wyłącznie minimalistycznej. Kanciastej, graficznej, znaczącej. Samo wykonywanie to niesamowicie ciężka i żmudna praca. Praca z metalem, który jest twardy i niełatwy w obróbce. Wymaga wprawy, wyczucia, dobrego oka i mocnej, bardzo mocnej skóry na palcach. Robiłam, ale wiedziałam, że nie widzę siebie w pracowni po 12 godzin dziennie, z młotkiem i piłką włosową. Z pokaleczonymi palcami. Robiącej wciąż to samo.

Zrobiłam koleżankom kilka bransoletek, spersonalizowanych, z grawerami. Jedna dostała srebrnego krecika na sznurku, bo uwielbiała w dzieciństwie tą bajkę, z poza tym wiele lat spędziła w Czechach, ojczyźnie krecika, a druga logo kung-fu, jeśli mogę to tak określić — dwuwymiarowy wisiorek w kształcie kwiatu japońskiej wiśni. Jeszcze inna dostała mały srebrny rower. Wstawiam Wam zdjęcia kwiatu wiśni, mało wyraźne, ot tak zrobione, bo nie planowałam wtedy zupełnie nigdzie tego pokazywać.

Głowa buzowała od pomysłów, których nie potrafiłam perfekcyjnie zrealizować. Potrzebowałam lat wprawy, ćwiczeń i utwardzenia skóry. Skończyłam szkołę i odstawiłam ten temat na bok. Nie miałam pracowni, nie miałam na nią pieniędzy. Postanowiłam pójść w inną stronę. Pomysł firmy z biżuterią umarł w morzu studiów, praktyk, pracy, zajęć. Aż w końcu doszłam do ściany i to do mnie wróciło. 

Wpadałam na kolejne pomysły. Chciałam tworzyć. Pisać, projektować, fotografować. Męczyłam się tłumacząc teksty i dając korepetycje. Męczyły mnie moje studia. Odlubiłam języki, a raczej ten ich taki wnikliwy, pisany aspekt. Ślęczenie nad nieswoimi tekstami nie dawało mi radości. Wolałam je pisać, niż tłumaczyć. Męczyło mnie wykonywanie powtarzalnych zadań. Chciałam tworzyć. Uciekłam z pracy, zaczęłam pomagać mojemu Pawłowi w rozkręcaniu jego biznesu filmowego. 

Potem założyłam bloga, w grudniu. A myślałam o tym jeszcze przez rok wstecz. Założyłam bloga i zaczęłam się w tym spełniać, bo mnie to wyraża i daje dużo satysfakcji. Biżuteria wciąż we mnie siedziała. Kropki zaczęły się łączyć. A spoiwem okazał się minimalizm. Pisanie, fotografia, projektowanie, grafika, wszystko to połączyłam z minimalizmem.

Pomyślałam, że to jest to. 

W międzyczasie stało się coś, co ostatecznie popchnęło mnie do założenia firmy z biżuterią. Ale o tym Wam powiem przy okazji odkrycia przed Wami czym będzie to, co stworzyłam. To znaczy powiem Wam wszystko w następnym tygodniu, przy sprzyjających wiatrach.

A teraz jeszcze tylko dodam, że nawiązałam współpracę z wspaniałym złotnikiem, moim znajomym, który ma wielowieloletnie doświadczenie w tej branży. Ja tworzę pomysły, projekty graficzne, czasem srebrne prototypy, a on wykonuje to tak, żeby było pięknie w najdrobniejszym szczególe. Latam od kilku tygodni od grawera, do mojego złotnika, projektuje opakowania, robię stronę internetową, myślę, stresuję się, czasem nie mogę jeść i spać :) Niesamowicie kręcący jest to proces, ale z drugiej strony trzyma w napięciu mocno. Czasem aż za mocno.

Kochani, póki co mogę Was tylko prosić o kciuki. Trzymajcie je za mnie, proszę! 

PS Firma się będzie nazywać KAVOdesign, strony jeszcze nie ma, ale się robi i przez weekend się zrobi. Fejsbuk już jest, ale nic tam na razie nie ma, więc nawet Was nie proszę o lajki. Kto by chciał lajkować w ciemno :)

Pozdrawiam ciepło wszystkich i dziękuję za Wasze wsparcie!


Czytaj więcej ze strefy biżuterii: