żółte naleśniki

Doszły mnie słuchy, że za dużo o ubraniach piszę. Jest przesyt. Rozumiem, szanuję. Po prostu ostatnio na tym moja "upraszczająca uwaga" się skupia, a na błyskotliwe dopieszczenie tekstów z innych stref trochę brak mi czasu. Jeśli tych, co mają dość mojej szafy, jest więcej, dajcie znać, chcę to wiedzieć, biorę na klatę :)

Dziś kuchnia. Niebawem związki i wełna (ups, to wchodzi w strefę szafy:)), potem jeszcze o zgodności wartości i o wielu innych sprawach ze strefy ducha. I o kształtach twarzy i o mejkapie. Piszę, nie próżnuję.

No ale dziś kuchnia. Paweł się znów niedawno uparł na coś kulinarnego i znów mu wyszło. Miały być naleśniki. Bez krowiego mleka, którego unikamy i bez mąki pszennej, której też staramy się nie jeść. Ja się w ogóle za to nie zabierałam zrażona nieudaną kiedyś próbą zrobienia naleśników z mąki migdałowej, gryczanej i kasztanowej. Jakieś takie rozpadające i gorzkie mi wyszły. 

Pogrzebał w sieci, poszukał, ale tam wszędzie jakaś skrobia ziemniaczana, dziwne proporcje, więc zrobił po swojemu, tak jakby robił normalne. Wyszły, jak zwykle cud miód. 

Proste to jak drut, trzeba tylko z miłością to zrobić, a wyjdzie na pewno. Użyliśmy mąki kukurydzianej i mleka ryżowego (można na pewno użyć innych rodzajów mleka roślinnego) w proporcjach 1:1 mniej więcej (on to robi na oko, skurczybyk). Starym przyzwyczajeniem Paweł wrzucił szczyptę cukru brązowego, ale ja bym tego nie robiła. Zalałabym za to syropem klonowym już po usmażeniu. A może można by było dolać do masy, zamiast cukru? Przetestuję następnym razem.

Aha, no i z jajkami, obowiązkowo zerówkami, bo jajka jemy. 

Wszystko oprócz syropu Paweł wymieszał i smażył na rozgrzanym oleju.

Wyszły żarówiasto-żółte pyszne placuchy.

To takie nasze od teraz danie odświętne, kiedy jest ochota na słodkie i jak się skończy kasza gryczana, którą moglibyśmy jeść na śniadanie obiad i kolację. 

Przepis na planszy, co myślicie?

Pozdrawiam ciepło


Czytaj więcej ze strefy kuchni: