To jest proces.

I on jest twórczy. Coraz mniej mam oporów i strachu przed przyznaniem się przed sobą i światem, że mam w sobie coś z artysty. Przed sobą bałam się bardziej, bo świat i tak widział i wiedział. Słowo “artysta” z trudem przechodzi mi przez głowę, zmasakrowane przez stereotypy i skrajnie złe skojarzenia.

Chciałam być normalna. Umysł ścisły, mądry, szybki podziwiałam. Artysta? Dziwny. Niesłowny, spóźniony, nieobecny, zajęty tworzeniem Dziwnych Rzeczy we własnej głowie.

- to nie ja

- jak to nie ja, jak to ja.

Więc ten proces to jest taki czas, kiedy warstwami odchodzi ode mnie skorupka normalnego człowieka i pod spodem pojawia się świeża skóra Kogoś Dziwnego, który tej dziwności przestaje się wstydzić, a zaczyna się nią cieszyć. 

I w końcu zaczyna czegoś chcieć. Uznaje, że jest Kimś Dziwnym, chce robić Dziwne Rzeczy. Fotografować zwykłych ludzi. Robić ubrania seksowne inaczej, dające wolność. Pisać. 

Bardziej niż kim jestem, wiem kim nie jestem.

Nie pisałam często, bo szukałam siebie. Badałam terytorium. A przecież chcę i muszę tu być przezroczysta, prawdziwa, ześrodkowa. Nie mogę na siłę, nie potrafię sprzedażowo. A czasem po prostu chcę mówić obrazami. Te myśli się rodzą. Rosną. Uprawiam je, podlewam. Nie dzieją się z dnia na dzień.

Minimalizm to narzędzie, które zdejmuje z Ciebie warstwy i zostajesz potem naga sama ze sobą. Przed oczami pojawiają się cele, dookoła widzisz rzeczy, które lubisz. Nie chodzi o liczenie, chodzi o myślenie. Zdejmowanie skorupy.

Trzy dobre swetry na krzyż. Para spodni. Zima. Dużo porwanego starego dresu. Za mała kurtka z odzysku. Pawłowa bluza. Bejostwo.

Nie kupuję, bo inwestuję w kavo, czy nie kupuję, bo mam detoks i nie chcę? Nie kupuję, bo inwestuję w kavo i nie mam pieniędzy. Ale już wiem co kupie, jak będę mieć. Nie przeszkadza mi własne żulostwo. To jest proces. Skorupa odpada. Nie kupuję bezmyślnie. Wiem, kim nie jestem. Wiem, czego nie chcę.

Paruję od myślenia.